Anathema

Szary wdychacz szarego dymu

Świat się kończy, czas umierać, jak to śpiewał, czy rymował raczej, klasyk już chyba polskiej muzyki młodego pokolenia, bo to znak, że kapitalizmu dziczeje reżim, skoro już nawet koncerny tytoniowe nie potrafią wylobbować porządnie veta przeciw ustawie o zakazie palenia w miejscach publicznych.

 

Bo – tak po prawdzie – co my, szarzy wdychacze szarego dymu mamy teraz ze sobą zrobić? Ustawę nam machną, a co, że w miejscach publicznych zakaz palenia, a w knajpach takie obwarowania w razie miejsca na palenie chęci wytyczenia, że dzięki i ogólnie komu się to opłaci. Jakkolwiek dla niektórych będzie to powód do radości, bo żaden rykoszet dymny już ich w nos nie trafi, tak dla nas jednak, czyli dla palaczy rozsądnych i miłych to jest jak pozbawienie prawa jazdy człowieka, co w życiu za kółko nie wsiadł. Już tłumaczę, przy okazji w anegdotkę się pakując.

Wyprawy po Słowacji dzień trzeci. Po konsumpcji konserwy bodajże tyrolskiej z chlebem z Billi, co to później na moim biurku trzy tygodnie leżał i nic ze świeżości nie stracił, no więc po konsumpcji dwoje z czwórki nas postanowiło chwile trawienia celebrować i papierosem wspólny posiłek uczcić. Patryk, jako, że z duszy i serca człowiekiem prostym jest, niewymagającym i na proste niuanse życia społecznego uwagę zwracającym niewielką, z hukiem z samochodu wylecieć musiał, bo Kranken efekty uboczne palenia, czyli dym i jego wdychanie właśnie, lubi przynajmniej nie za bardzo. Ja natomiast, w tym samym samochodzie siedząc i takiego samego papierosa paląc, spojrzałem na Krankena i mu powiedziałem, że niech mówi, co chce, ale palić, to ja potrafię. Bo faktycznie potrafię. I nie chodzi tu tylko o to, że peta na wargę umiem wrzucić i odpalić. Chodzi o to, że moje palenie nawet najbardziej zatwardziałemu przeciwnikowi nie przeszkadza. A sprawa jest prosta jak drut kolczasty.

Jak siedzimy na ławce, to zanim szluga odpalę, najpierw staję po zawietrznej. Jak siedzimy w jakimś pomieszczeniu zamkniętym, którego metraż miałby zmuszać kogoś do palenia wbrew woli, to wychodzę. Jak ktoś w knajpie, w której palić wolno, obok mnie coś je na przykład, to czekam z dymkiem, aż zjedzą. Jak w tej samej knajpie widzę kobietę w ciąży, albo dziecię jakieś niewielkie, to też się z dymkiem wstrzymuję, aż wyjdą, albo sam na antrakt wychodzę. I da się, i wiem, że się da. I dlatego nie rozumiem, dlaczego ktoś w moją wolność godzi i to bez pytania.

Bo niby dlaczego ja, spełniając podstawowe zasady życia społecznego i w zgodzie żyjąc z innymi maksymalnej, dlaczego ja, idąc na ustępstwa wieczne, w pełnej świadomości, że to ja z dymkiem jestem elementem wadzącym, a nie niepalący ze swoim do dymka wstrętem, no więc dlaczego ja – Bogu i Partii ducha winny człowiek, co na onkologii ostatnie łóżko bym oddał potrzebującym niezasłużenie, dlaczego ja jestem znienacka i bez pytania atakowany zakazem palenia w miejscach publicznych? Ja rozumiem ugodzić tych wszystkich bękartów papierosa, tych pseudo entuzjastów płucnej rozkoszy, tych profanatorów rytuału palenia, którzy teraz ustawą dostają po łapach, bo oni to dostają zasłużenie i słusznie, ale ja? Ja protestuję, ja strajkuję. Ba! Ja żądam! Żądam badania każdego palacza na to, czy jest w stanie ze swoim nałogiem współpracować z innymi członkami społeczeństwa, bo wiem, że bym takie badanie przeszedł z wynikiem pozytywnym i certyfikat dostał, który w razie napaści mnie przez służby mundurowe mógłbym pokazać, certyfikat przyjaznego palacza, na mocy którego służby te mogłyby z czystym sumieniem dać mi w spokoju dopalić. Tymczasem oczami wyobraźni widzę rychłą przyszłość i poważnie rozważam prośbę natychmiastowego zakucia mnie w kajdanki w razie zatrzymania mnie przez funkcjonariuszy z powodu palenia.

Koniec końców, jest druga strona medalu, tyle z tego wszystkiego może nam profitów wpaść, że – na chłopski rozum rzecz biorąc – zmniejszenie emisji dymu tytoniowego zmniejszy nam zachorowalność na raka, a co za tym idzie przy odrobinie szczęścia naród powinien zrobić się mniej uszczypliwy. Na tą chwilę jednak zostaję przy swoim, to znaczy przy popielniczce na klatce schodowej i dymie tam przeze mnie emitowanym, który nie przeszkadza moim sąsiadom – towarzyszom w nałogu i anatemicznej niedoli.

HiKrush