„Nie wierzę ludziom, którzy mówią, że coś się nie da zrobić”

Rozmowa z Anetą Leśniak – prezesem Stowarzyszenia Towarzystwa Balonowego „Gwiazda”, fotograf, dziennikarką, kulturoznawcą.


Formowanie naszego poznajomienia rozpoczęło się przez wspólnego znajomego i muzykę. Ciekawym czy po tych już paru ładnych latach nadal bliskie są ci gatunek i estetyka muzyczna, które wypluły takie pomnikowe rzeczy jak „Never mind the bollocks...”, „London calling” czy choćby rodzime „Legendę” albo „Pod prąd”?

Wychowałam się na muzyce punkowej, więc trudno byłoby mi teraz odciąć się od korzeni. Jednak nie lubię być postrzegana przez pryzmat tej czy innej muzyki – wiary bądź niewiary, czy obranych opcji politycznych. Muzyka ukształtowała moją wrażliwość i spojrzenie na świat i ludzi. Wspomniane przez ciebie ,,Pod prąd” czy ,,London Calling” – we wczesnym okresie mego życia dawały mi motywację.

 

 

 

Przejdźmy do balonów, twojej pasji. Na przełomie stycznia i lutego limanowianie i inni lokalsi mieli możliwość oglądać twoją wystawę w limanowskiej Miejskiej Galerii Sztuki, pierwszą bodaj w historii prezentowaną tutaj całościowo z tą tematyką. W folderze wystawowym piszesz, że u ciebie z tymi balonami „wszystko zaczęło się od zdziwienia i zachwytu”. Zdziwienia wynikającego z czego?

... że można widzieć świat z innej perspektywy. W okresie gdy zetknęłam się z balonami, nie było mi w życiu zbyt dobrze. Podczas pierwszego lotu balonem zobaczyłam rzeczywistość z innej perspektywy, poznałam niezwykłych ludzi, którzy nie udawali – po prostu byli, latali balonami dla pasji i sportu, inni dla zarobku, a jeszcze inni dla dobrej zabawy. Dzięki nim zaczęłam inaczej żyć, włączyłam ,,na luz”. Zadziwienie ? Zachwycam się jak dziecko kolorem, pędem, przestrzenią, ale też ludźmi. Tu jednak mam do siebie ,,ale”. Zatracam się w zachwycie nad człowiekiem, a potem nagle przy konfrontacji z rzeczywistością wychodzi moja naiwność.

 

Jak myślisz, można w ogóle człowiekowi, który nigdy nie był „w niebo wzięty” opisać uczucie towarzyszące podczas lotu balonem? Nie jest trochę tak jak w tym powiedzeniu, że „pisać o muzyce – w tym przypadku o locie balonem – to jak tańczyć o architekturze”?

Zdecydowanie, to trzeba przeżyć. Niektóre osoby odczuwają strach podczas lotu, inni zachwyt. Na samym początku byłam przerażona, że tylko kosz oddziela mnie od ziemi.

 

Być może to głupie pytanie będzie, ale co tam: ciekawi mnie co ciebie bardziej ciekawi poznawczo  – sam lot balonem czy oglądanie z ziemi takiego kolosa czy np. kilku/kilkunastu kolosów sunących po niebie przy np. zachodzącym słońcu?

To zależy od tego, co chcę uzyskać w fotografii. Podczas lotu w Baia Mare w Rumunii zdecydowanie chciałam polecieć balonem, gdyż unosząca się mgła nad rumuńskimi wsiami była ujmująca, natomiast nad wodospadem Niagara, aby zrobić zdjęcie ,,Lekkość” potrzebowałam znaleźć się na statku, nade mną górował wodospad oraz balon gazowy.

 

By latać balonem jako – nie wiem jak to precyzyjnie się definiuje, powiem – „operator” trzeba wykazywać się jakimiś specjalnymi predyspozycjami czy wystarczy tylko chęć (i pewnie ukończone specjalne kursy)?

Należy ukończyć szkolenie teoretyczne i praktyczne, a także trzeba zrobić badania lekarskie. Myślę, iż zdecydowanie potrzebne jest zdyscyplinowanie, dokładność, umiejętność współpracy, precyzja, odporność na stres i trudne warunki. Bardziej przyziemnie: trzeba mieć pieniądze, a jeśli tego się nie ma – to samozaparcie, siłę przebicia i umiejętność słuchania doświadczonych pilotów. Tu chylę czoła przed pilotem Krzysztofem Kocotem – to człowiek, który jest kopalnią wiedzy o sporcie balonowym. Jego opowieści o sytuacjach awaryjnych podczas lotów słuchałam z zapartym tchem. Cenię sobie jego niezwykłą skromność, siłę, samozaparcie, które pokazuje, iż można w życiu bardzo dużo przezwyciężyć. W takie osoby należy się wsłuchiwać, ponieważ ich doświadczenie lotnicze to całe ich życie. Całą sobą popieram takich ludzi i tych, którzy próbują kupić sobie to doświadczenie za pieniądze – namawiam, aby wcześniej popracowali w ekipach balonowych. Nic tak nie hartuje ducha, jak poranna pobudka, oczekiwanie na lot, zimno, przemoczone buty...

 

Aneta, dla mnie – baloniarskiego laika i w dodatku osoby posiadającej chyba „nieszczęsny dar” lęku wysokości – lot balonem wydaje się nie tylko przeżyciem, ale i działaniem niebezpiecznym, jednym z bardziej niebezpiecznych sposobów wznoszenia się człowieka w obłoki. Mam trochę racji czy bredzę?

Niejednokrotnie balon nazywany jest najbezpieczniejszym statkiem powietrznym. Wypadki się jednak zdarzają.

 

Wystawę w Limanowej, wernisaż otwarcia – jak oceniasz? Jesteś zadowolona z przyjęcia i percepcji twojej fotowystawy? Tylko daj proszę ocenę szczerą, wyzutą z politycznej poprawności i kumoterstwa wynikającego z naszej chociażby znajomości.

Oceniam bardzo pozytywnie, chociażby z tego względu, iż od samego początku czułam się wyjątkowo traktowana. Ulotka z wystawy, folder – wszystko zostało profesjonalnie wykonane. Na wernisażu zachwyciłam się wiszącym spadochronem oraz czapką ,,pilotką” na moim zdjęciu. Zawarłam sporo nowych znajomości, które mam nadzieję, iż przetrwają.

 

No tak, tutaj u nas też są osoby, które lubią „bujać w obłokach”. Pozaznajamiałaś się, połapałaś jakieś kontakty? A może knujecie jakieś wspólne przedsięwzięcia?

Tak, bardzo cenię sobie znajomość z panem Zbigniewem Sułkowskim ze Stowarzyszenia Lotnictwa Eksperymentalnego. To niezwykle barwna postać. Dzięki panu Zbyszkowi przypomniałam sobie historie z mego dzieciństwa, które wiążą się z samolotem RWD.

 

Masz jakieś marzenie związane z baloniarstwem, lotem balonem? Jeśli tak – jakie?

Mimo sporych zmian w moim życiu będę dążyć do tego, aby mieć własny balon. Będzie wzbudzał kontrowersje, ale to akurat mnie motywuje, aby taki balon powstał. Jest to plan do wykonania w ciągu najbliższych paru lat. Moje największe marzenie aktualnie się realizuje. Myślę, że da mi  wewnętrzną motywację do tego, aby realizować inne pragnienia.

 

Zostawiamy balony, zmieniamy temat. Podróże. Ja rzucam hasło „podróż 30-letnia”, ty dopowiadasz – używając młodzieżowej frazy – „o co kaman” ...

W 2010 roku z okazji moich 30-tych urodzin razem z moim przyjacielem Krzysztofem Kasprzykiem przemierzyłam wszerz Kanadę i USA. Mieliśmy mnóstwo przygód. Na swojej drodze spotykaliśmy dzikie zwierzęta: niedźwiedzia grizzly, lwa górskiego, bizona. Dotarliśmy do pomnika wodza Indian Crazy Horse’a w Południowej Dakocie, byliśmy w Vancouver, Toffino; fotografowaliśmy wieloryby u wód Alaski. Przez ten czas pisałam bloga. Było to niełatwe, gdyż przez ponad miesiąc byliśmy stale w drodze. Widziałam i doświadczyłam bardzo dużo. Złapała nas piekielna burza na prerii, podróż pociągiem transkanadyjskim, piękno jaskiń Rushmore Cave, taniec indiański na świętej ziemi Siuxów...

 

„Nie dziwi mnie, iż podróż trzydziestoletnia rodzi się w bólach. W końcu obrazuje moje życie: gdzie często pod górkę i często z szabelką.” – na takie dwa zdania trafiam w pierwszym wpisie na blogu z tej podróży. To drugie zdanie zgrabne, może i nawet nieco zabawne, dla mnie jednak swoiście przejmujące. Rozwiniesz to jakoś, czy uchylamy to pytanie?

Od zawsze wspinałam się pod górę, także tą życiową. Wszystko musiałam wydrzeć światu. Na sprzęt fotograficzny składałam pieniądze parę lat. Zdarzyło się, iż zaordynowałam sobie miesięczną głodówkę oczyszczającą, aby kupić sobie Canona 400 D. By mieć kasę na materiały w szkole fotograficznej – sprzedawałam obrazy, płaskorzeźby do sklepów z pamiątkami. Potem zaczęłam pracować w tygodniku krośnieńskim i już zaczęło być mi łatwiej. Patrząc wstecz – cieszę się, że mam w sobie tą wewnętrzną szabelkę – dzięki niej skończyłam studia dziennikarskie, kulturoznawcze oraz szkoły fotograficzne. Nie wierzę ludziom, którzy mówią, że coś się nie da zrobić. Trzeba tak długo pukać, aż drzwi się otworzą. Niestety czasem opadam z sił, gdy nie mogę przebić się do drugiego człowieka. Bóg obdarzył mnie wiarą i samozaparciem. Wiem, że zamknięte dzisiaj drzwi, jutro staną przede mną otworem.

 

„Podróżować znaczy żyć” – twierdził H. Ch. Andersen. Zgadzasz się z tym?

Tak, ale trzeba przystanąć. Piękne w podróżach są powroty i czas dany nam na to, aby wydobyć sens z wędrówki.

 

„Jestem zdania, iż pielgrzymki do świata i ludzi, a tym samym w głąb siebie – przywracają oczom blask” – takie piękne zdanie wyłowiłem niedawno w sieci. Spróbujemy je i jej autora psychologicznie trochę zanalizować? Jak ty myślisz Aneta – jak ktoś tak pisze, mało: jak ktoś tak pisze i tak odczuwa, co to za człowiek może być?

Wrażliwy, głodny ludzi i doświadczeń.

 

Te powyższe frazy podróżnicze wcielał w życie, jak mało kto, cesarz reportażu Ryszard Kapuściński. Masz suwenir w postaci jego trzewików, znasz dobrze jego żonę. Opowiedz o tej znajomości i o tym jak stałaś się posiadaczką tego obuwia.

Panią Alicję Kapuścińską poznałam dzięki Markowi Kusibie, który tłumaczy poezję pana Ryszarda na język angielski. Był to dla mnie niezwykły zaszczyt, że mogę być w domu Cesarza Reportażu. Po śmierci Kapuścińskiego zrobiłam o nim diaporamę i to właśnie ona bardzo zbliżyła mnie do pani Alicji. Podczas jednej z wizyt powiedziałam, że bardzo chciałabym mieć buty po panu Kapuścińskim. Otrzymałam je. Są moim talizmanem. Przejechały ze mną spory kawałek świata.

 

I ty, w przenośni rzecz ujmując, „chodzisz w butach Kapuścińskiego”, bo jesteś dziennikarką. Dziennikarstwo u ciebie to był świadomy wybór na zawód wyuczony czy kolejna, naturalna pasja opisywania i dotykania (namacalnej często, bo ludzkiej) rzeczywistości?

Potrzeba opisywania świata i ludzi.

 

Na co dzień prowadzisz m.in. warsztaty terapii zajęciowej z osobami niepełnosprawnymi. Pytanie kwadratowe, zgrane i może oczywiste, ale odpowiedz może być ciekawa: co ci daje praca z takimi osobami?

Aktualnie pracuję w Warsztacie Terapii Zajęciowej Stowarzyszenia Pomocy Socjalnej ,,Gaudium et Spes”, prowadzę pracownię poligrafii i reklamy. Praca z osobami niepełnosprawnymi to moja pasja, ponieważ wierzę w tych ludzi. I chyba to stwierdzenie zawiera całość powodów, dlaczego wybrałam taką, a nie inną drogę zawodową.

 

Powolutku kończymy, ale – pani pozwoli – odkryjemy jeszcze jeden obszar aktywności, który najmniej jest mi znany (do czasu tylko, tuszę) a sakramencko mnie ciekawi! Próbujesz się z literaturą, czytaj: masz na koncie własne teksty literackie. Uchyl proszę rąbka, a nawet więcej, jeśli łaska ...

Przebywam na skraju poezji i prozy. Ostatnio nawet dostałam nagrodę za tekst ,,Ukradnę sobie szczęście” w konkursie Dylematy Singielki. Potem śmiałam się do przyjaciółek, że był to konkurs ,,dylematy starej panny”, ale na serio: niewydany tomik poezji/prozy gdzieś głęboko we mnie zalega. Potrzebuję impulsu, aby wydać go na świat. Ma już szatę graficzną, jest zebrany w całość, tylko... Potrzebuje iskry.

 

Odwiedzisz jeszcze Limanową?

Oczywiście!

 

Co jest w życiu ważne Aneta?

Mieć i realizować własną wizję szczęścia.

 

 

Pytał Sławek Łużny.

 

***

Aneta Leśniak – fotograf, dziennikarka, kulturoznawca. Stażystka tygodnika „Polityka” oraz „Nowego Dziennika” w Nowym Jorku. Absolwentka Pomaturalnego Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy (specjalność: fotografia) w Krośnie, Akademii Fotografii w Warszawie, Wyższej Szkoły Dziennikarskiej (specjalność: dziennikarstwo prasowe) w Warszawie oraz Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Przez trzy lata prowadziła pracownię fotograficzną dla osób niepełnosprawnych. W kręgu jej twórczych zainteresowań znajduje się człowiek i jego artefakty. Wzorem Nadara pasjonuje się fotografią lotniczą. Jest prezesem Stowarzyszenia Towarzystwa Balonowego „Gwiazda”. Aktualnie pracuje w Stowarzyszeniu Pomocy Socjalnej ,,Gaudium et Spes" oraz realizuje autorskie projekty literacko-fotograficzne. W 2011 otrzymała wyróżnienie w Konkursie Fotograficznym National Geographic. Publikowała m.in. w „Zwierciadle”, „Polityce”, „Foto”. Swoją drogę dziennikarską rozpoczęła w krośnieńskim „Naszym Głosie”.

Na przełomie stycznia i lutego Aneta Leśniak prezentowała swoją autorską wystawę, poświęconą tematyce baloniarskiej, w limanowskiej Miejskiej Galerii Sztuki.

 

www.anetalesniak.pl