Pokazówka i pyskówka, czyli Falklandy raz jeszcze

1
Źródło: http://www.ops.mil.pl/op/
wspolczesne_op/images/Falklandy.jpg

Kilka małych wysepek na południowym krańcu Atlantyku. Trzy tysiące mieszkańców, dwanaście tysięcy pagórkowatych kilometrów kwadratowych. Falklandy – Malwiny, niepozorne zarzewie sporu, który właśnie na naszych oczach zaczyna tlić się na nowo.

 

 

Archipelag przez stulecia przechodził z rąk do rąk: Anglii, Francji, Hiszpanii, Argentyny. Od 1892 roku oficjalnie uznany za kolonię brytyjską, 90 lat później znów na chwilę zmienił właściciela. Wtedy to junta rządząca Argentyną postanowiła urządzić pokazówkę militarną, by uspokoić nastroje w buntującym się kraju. Sprawujący wówczas władzę prezydencką generał Leopoldo Galtieri chciał małym kosztem zająć Malwiny (argentyńska nazwa Falklandów) i w ten sposób umocnić populistyczny reżim. Trafiła kosa na kamień, a w zasadzie na żelazo. Dzisiaj Wielka Brytania utraciła już swoją imperialną mentalność, zastępując ją myśleniem w kategoriach Wspólnoty - Commonwealthu. Wszelkie wojny prowadzi jako swego rodzaju pomocnik USA, coś w rodzaju komiksowego sidekick’a superbohatera. A i Royal Navy nie jest teraz taką potęgą, jak niegdyś. Wielu zszokuje informacja, że na swym stanie posiada tylko jeden lotniskowiec. I to na dodatek lekki! Toż nawet (czasem wyśmiewana przez Anglosasów) Francja posiada dwa spore okręty tego typu, nie mówiąc o 10 grupach bojowych lotniskowca w posiadaniu USA. Argentyna zaś, po ciężkim kryzysie i z mało stabilną sytuacją wewnętrzną, nie wzmocniła swojego potencjału militarnego i przez lata starała się przełykać gorzką pigułkę dyshonoru. Mimo wszystko konflikt w tym rejonie świata znów zaczyna odżywać. Dlaczego?

2
Źródło: http://3.bp.blogspot.com/
-ShigKheeV5o/TslN2BskzXI/AAAAAAAAAJo/
auRXiTouf9Y/s1600/falklandsdm
1305_468x357.jpg

Czarne złoto i czarne myśli
Patrząc na mapę świata możemy łatwo zauważyć niemałe znaczenie strategiczne wysp. Strzegą one drugiego (po kanale panamskim, kontrolowanym przez USA) połączenia oceanów. Jednak wartość Falklandów ostatnimi czasy wzrosła z innych powodów. Kilkanaście lat temu badania wykazały, że pod dnem wokół wysp znajdują się spore złoża ropy. Teraz, wobec rekordowych cen za baryłkę czarnego złota, Wielka Brytania rozważa otwarcie wydobycia. Mimo, że pogląd typu „mają ropę, będzie interwencja USA/WB” jest mi zupełnie obcy i uważam go za Himalaje populizmu, w tym rejonie świata ten surowiec może wywołać kolejny konflikt. Z jednej strony na wyspach brytyjskich u władzy znów jest Partia Konserwatywna, naturalnie bardziej skora do interwencjonizmu niż partia laburzystów. Kryzys europejski dotyka mocno poddanych Elżbiety II, więc złoża ropy wokół Falklandów stają się dość smakowitym kąskiem. Z drugiej strony wśród społeczeństwa i elit Argentyny zdają się na nowo odżywać resentymenty związane z militarnym blamażem sprzed 30 lat. Aktualna prezydentka wywodzi się z peronistowskiej populistycznej partii.

W ciągu ostatnich paru miesięcy byliśmy świadkami istnego pokazu puszenia się i nadymania w wykonaniu obu państw. Temperatura wzrosła, gdy Wielka Brytania wysłała w rejon wysp niszczyciel HMS Dauntless, najnowocześniejszy z całej Royal Navy. Niby rutynowa misja, niby zaplanowana grubo wcześniej, jednak dla wszystkich stało się jasne, że to swego rodzaju demonstracja siły. W takim przekonaniu utwierdza fakt, że w prasie mówiono o brytyjskim niszczycielu: „HMS Dauntless będzie uzbrojony w arsenał pocisków, które mogą unieszkodliwić wszystkie myśliwce na wyposażeniu państw Ameryki Łacińskiej, nie mówiąc o argentyńskich", pisał Daily Telegraph. Opis jest ten oczywiście przesadzony i stworzony dla militarnych laików, mimo to oczywiście Dauntless stanowi potężne wsparcie dla stacjonujących na Falklandach sił RAF-u i Royal Navy. Jego śladem w rejon wysp wysłano również atomowy okręt podwodny, zdolny przenosić głowice nuklearne i najprawdopodobniej również w nie uzbrojony na czas misji. Militarna pokazówka szła równolegle z „dyplomatyczną” pyskówką. Myślę, że wielu komentatorów setnie rozbawił komentarz premiera Davida Camerona, o argentyńskich roszczeniach do wysp jako przejawie kolonializmu. Mocne słowa z ust szefa rządu państwa, które swą potęgę przez stulecia budowało na podbijaniu setek mniejszych i większych archipelagów wysepek, całkiem podobnych do Falklandów. Kolejna pyskówka miała miejsce, gdy w ten rejon świata został wysłany sam następca tronu – książę William. Służył przez sześć tygodni jako pilot helikoptera ratunkowego. Argentyńska dyplomacja oceniła jego przybycie jako butny „przyjazd zdobywcy”. Bardzo koślawa retoryka, zważywszy na fakt, że niedoszłym zdobywcą akurat próbowała być Argentyna trzydzieści lat temu.

3
Źródło: http://www.globtroter.pl/zdjecia/falklandy/72263
_falklandy_falklandy_malwiny_volunteer_point.jpg

Strzeżcie wysp
Po odsłużeniu swojego czasu książę wrócił bezpiecznie do Wielkiej Brytanii, a sam konflikt dyplomatyczny ostatnio przygasł. Sądzę, iż władze Argentyny nigdy tak naprawdę nie chciały próbować ponownego starcia militarnego, pozostając przy słownych przepychankach. Na brytyjskie ruchy jednostek morskich nie odpowiedziała żadną demonstracją siły, ani nawet pokazowymi manewrami. Z mojego punktu widzenia kraj ten zachowuje się tak żałośnie, by odciągnąć uwagę społeczeństwa od sytuacji wewnętrznej i rzucić mu zawsze smaczny ochłap z dumy narodowej. Sądzę też, że jeśli Wielka Brytania nie będzie uważnie pilnować Falklandów i od czasu do czasu straszyć potęgą militarną, Argentyna w pewnym momencie może spróbować poważyć się na próbę odzyskania wysepek.

Adam Jędrychowski