Metallima 2012

1Więcej, mocniej, ciekawiej i jeszcze profesjonalniej: zarówno pod względem muzycznym, jak i organizacyjno-technicznym. Tak w skrócie można by porównać tegoroczną Metallimę do tamtorocznej. Zakiełkował ileś tam edycji wstecz, kwitnie i nadal rośnie w Limanowej naprawdę ciekawy, undergroundowy fest rockowo-metalowy, zauważalny już nawet na mapie tego typu „eventów” w skali kraju. Oby trwał, oby pomysłodawcom i organizatorom nadal nie brakowało animuszu i chęci by go robić. Oby już nieodmiennie i na trwałe wpisał się w pejzaż kulturalny stolicy limanowskiego powiatu: pejzaż raczej pustynny, niestety... Nie ma jednak co sarkać na to, chlipać czy włos na czworo dzielić. Cieszyć się raczej należy, że na prowincji jest banda zapaleńców z Maxem na czele, która tradycyjną, punkowo-core'ową ideą DIY, potrafi zrobić muzyczną frajdę. Sobie samym zapewne, a i kilkusetosobowej (tak, tak... kilkusetosobowej) bandzie fanów muzyki, która zdecydowanie nie wywodzi się z „krainy łagodności”;). Poniżej okołomuzyczna ocena koncertów, ocena subiektywna.

 

DZIEŃ I

Tegoroczną Metallimę zainaugurował HEXUM. Ze względu na „obowiązki pracownicze” a potem kuluarowe gadki ze znajomymi w holu LDK-u, nie widziałem ich występu, więc oceny/recenzji nie będzie. W pokoncertowych wywiadach podkreślali, że są zadowoleni z występu, grało im się o.k., przyjmujemy więc, że było o.k.

Następny na scenę wkroczył krakowski skład NONAMEN z dwoma kobietami w składzie (skrzypce, wokal), załóżmy więc, że parytet został wypełniony;). Działają od 2010 roku, mają na koncie nagraną epkę pt. Permission, są młodzi. Muzyka jaką wykonują jest dość niejednorodna stylistycznie – chyba progresywnym rockiem z gotycką proweniencją można by to ogólnie określić. Nie moja to para kaloszy, więc mogę się też mylić. Widać, że to dopiero początek ich muzycznej drogi. Zagrali kawałki z ww. epki, po drodze zdarzył się jeszcze cover OPETH Hope Leaves, ale wypadł raczej blado. Mieli problemy techniczne, słabo słyszalny był wokal (nad angielskim popracować!). Fajnie wyszedł dynamiczny kawałek o tytule bodaj Inside of me - ludzie ruszyli pod scenę i zaczęli się bawić. Zresztą te dynamiczniejsze kawałki NONAMENów prezentują się zdecydowanie korzystniej od wolniejszych, które po prostu zamulają. Swój występ krakowiacy zakończyli – jeśli mnie pamięć nie myli – motywem muzycznym z Theriona.

Po nich na scenie zameldował się nowosądecki WALKMAN. I zagrali świetnie! Konkretnie, bez pitu-pitu, z hardrockowym pazurem. Hardrock to chyba szyld pod jakim można uszeregować WALKMAN, nie robiąc mu krzywdy. Nie byłem i nie jestem wielkim znawcą tych muzycznych rejonów, ale wydaje mi się, że zespół ma wizję i patent na takie granie: konkretne, tłuste riffy, ciekawe solówki obydwu gitarzystów, miarowo nabijana, aktywna perkusja podbita mocnym basem, bardzo dobra prezencja sceniczna, znamionująca duże obycie koncertowe (grali m.in. w Jerozolimie!), proste, ale niebanalne teksty. Wszystko to posklejane w konkretne, zapadające w pamięć utwory. Plus jeszcze jeden niezaprzeczalny atut: wokalistka Katarzyna Stanek. To mała sceniczna diablica jest! Świetnie wygląda, wie jak się zachować, wie jak konferować z publiką. Osobna sprawa to jej możliwości wokalne. Są wielkie, po prosttu. Małgorzata Ostrowska z LOMBARDU mogłaby być jej wokalną matką chrzestną. Karin, ta niepozorna, młoda dziewczyna potrafi już operować takimi skalami (i bawić się przy tym przednio), że włosy na plecach dęba stają. Zwróćcie uwagę na WALKMAN.

Następni scenę LDK-u objęli w posiadanie HIGHLANDERSi, lachowski metal z Ziemi Limanowskiej. Pod sceną od razu się zakotłowało, bo zespół to miejscowy, wszystkim zainteresowanym wszem i wobec znany. Mieli świetne przyjęcie i rozkręcili dobrą zabawę. Wspomnienie, chyba najbardziej znany ich kawałek, wyśpiewane zostało wespół z publiką. No i pograli te swoje kawałki, mocno melodyjne, mocno hejwi, momentami punk, momentami nawet ska, momentami na góralską nutę. Jak się żenił kiedy będę to chyba na wesele ich zamówię, albo na poprawiny przynajmniej;). Koncert – in plus, reakcja zebranych pod sceną – bardzo in plus. Plus bis.

Następny w rozpisce był mój bezwzględny faworyt całego festu, trzech jeźdźców posthardcore'owo-stonerowo-punkowo-bluesowej apokalipsy z Zabrza – pie@%&!*ny IN A HOUSE OF BRICK! W domach z betonu nie ma wolnej miłości – śpiewał klasyk. W DOMU Z CEGŁY nie wiem czy free love jest czy jej nie ma. W DOMU Z CEGŁY jest hałas! Pierwszorzędny, tłusty, świetnie zaaranżowany i kontrolowany przez twórców. Nie wiem co tu jeszcze pisać – odsyłam do ubiegłorocznej recenzji Metallimy, która wisi na Wybiórczej gdzieś poniżej/powyżej. Tegoroczny koncert IAHOB był dokładnie taki sam, tylko bardziej. Kwiecia (w koszulce wariatów z Refused, jak ktoś lubi Refused – polubi IAHOB) na scenie to taki odbezpieczony granat, który lada chwila może wybuchnąć. Jak się na niego patrzy to jest wrażenie, że jeszcze chwila, jeszcze moment i coś się wydarzy. Pepe z nieodłącznym uśmiechem na ustach krzesa te piorunujące riffy a Krzysiek okłada zestaw perkusyjny z takim zaangażowaniem, jakby zaraz miał nastąpić koniec świata. Kulminacją tej ich limanowskiej muzycznej anihilacji było dla mnie Reborn. Czekałem na ten fenomenalny utwór – doczekałem się – niebiosom niech będą dzięki. IAHOB na żywo szarpie flakiem. Obok KETHA i SEARCHING FOR CALM to najbardziej niedoceniona polska kapela – twierdzę – z kręgu muzycznej, prawdziwej, undergroundowej alternatywy. Mam nadzieję, że w końcu, po 12 latach podziemniackiej egzystencji nagrają w końcu ten debiut, ktoś go wyda i zorganizuje im rzetelną trasę, przynajmniej po kraju. Zasługują na to jak nikt inny. Wspierajcie IAHOB, odwiedzajcie ich koncerty. Zgniotą was na żywo, gwarantuję.

Po IAHOB przyszła kolej na stonerowców z RUSTY CAGE. Potęga ciężkiego, piaszczysto-pustynnego riffu spod znaku Kyuss czy Black Labek Society dała znać o sobie. Publika bawiła się w najlepsze. Zespół promował niedawno wydany debiut o znamiennym tytule Let The Rifle Fire (jego egzemplarze często gęsto lądowały wśród zebranych pod sceną). Wokalista Greg podobny jest trochę do aktora Tomasza Kota. Ciekawe było jego zachowanie na scenie między kawałkami: krążył wokół i po jej bokach – podchodził do mikrofonu – cofał się – potem wracał – potem znowu cofał, itp. Dziwnie to wyglądało, ale trzeba przyznać, że ze swojej roboty wywiązał się bardzo dobrze (dobry angielski!). Gitarzysta Arek Żurecki popisywał się swoimi nieprzeciętnymi możliwościami (grał m.in. językiem oraz trzymając gitarę za szyją). Uwagę zwracał również perkusista, który kładł bardzo fajne i nieszablonowe ślady perkusji. W przypadku takiej muzyki to dodatkowy atut, dokładający kolorytu i dynamiki. Ciekawie wypadł cover Nine Inch Nails The hand that feeds zagrany na koniec. RUSTY CAGE podziękowało za gorące przyjęcie i wyraźnie zadowolone ustąpiło miejsca najmniej metalowej kapeli w całym peletonie tegorocznej Metallimy, hałaśliwym rokendrolowcom z CINEMON.

Ten trzyosobowy ansambl jest dobrze znany w okolicy, bo nie pierwszy raz występował w Limanowej. Muzyka? Hmm – lubicie The Hives, Strokesów albo innego zadymionego indie rocka ze szczyptą bluesa i noise? Lubicie White Stripes i inne muzyczne oblicza Jacka White'a? Birthday Party z Cave'm lubicie? Lubicie? To polubicie i CINEMON. Młodzi ludzie go tworzą, ale mają już duże doświadczenie i obycie sceniczne. Prezentują się bezpretensjonalnie, grają bardzo konkretną muzykę, w pewien sposób wyrafinowaną, obfitą w różne ciekawe rozwiązania i rytmiczne i wokalne. W Limanowej wykręcili bardzo fajne i mocne brzmienie, co powodowało, że stylistycznie nie odstawali aż tak bardzo od metallimowej stawki. Wrażenie robiło strojenie basu – brzmiał jak z Mordoru. CINEMON to inteligentne, rockowe granie. Tydzień po koncercie na Metallimie zagrali na warszawskim Sonisphere przed Metallicą na scenie Antyradia, bo wygrali Antyfest (kilka dni wcześniej zwyciężyli w Żywiec Browar Rock Festiwal). Wygrywają, bo są dobrzy. Jeszcze o nich usłyszycie, to pewnik.

Ostatni występ pierwszego dnia to koncert GOD'S GOTTA BOYFRIEND. Połowa składu GGB to jednocześnie połowa MOUGI. Muzycznie też nie są to jakieś stylistyczne Antypody. Może GGB jest nieco bardziej bezpośredni i punkrockowy? Napewno jak idzie o ekspresję sceniczną i zaangażowanie jest podobnie. Zagrali kawałki z epki Horror Show oraz te, które trafią na debiut. Było też Waste me do którego zrobili teledysk. Rozpętali piekiełko. Zakończyli coverem Wish Nailsów.

 

DZIEŃ II

Pierwszy zagrał chyba FORCE OF HATE, ale nie zdążyłem na nich. Co nieco żałuję, bo próbki ich grania jakie krążą po internecie prezentują się nawet nawet. FORCE OF HATE są chyba z Nowego Sącza i chyba eksplorują metalcore'owe poletko. Ale to wszystko – chyba. Zainteresowanych odsyłam do internetu. Po FORCE OF HATE (chyba;) na scenę wkroczył PANZERDIVISION z Jordanowa. Uprzedzę od razu – mym subiektywnym zdaniem był to najsłabszy koncert całej tegorocznej Metallimy. PANZERDIVISION ma tylko buńczuczną nazwę, bo w realu to nie jest żadna dywizja, ale jedynie co najwyżej przyrdzewiały tank – rozkalibrowany stylistycznie, niedomagający i słabujący. Bardzo słaby jest ich frontman z takimże angielskim. Momentami całkowicie się wysypywał i nie wyrabiał wokalnie. Kawałki lepione na siłę – jakoś stylistycznie wykoślawione: raz heavy, raz nu metal, za chwilę prostackie trashowe pochody zerżnięte od Bay Area Trashers. Wszystko to jakieś niezborne, kwadratowe i tak chamsko „pokomponowane” że aż litość zbiera. Dziwne to, bo zespół funkcjonuje już chyba 4 lata i ma na koncie nagranego i wydanego longa (Dirty Blood Canyon), a tu taka porażka. No, chyba że ja tu czegoś nie obczajam i nie chwytam? Z tego nerwa aż sobie zaraz włączę Panzer Division, ale Marduka.

Po „dywizji” – pancernej z nazwy jeno – na scenie dość szybko zameldował się krakowski SERPENT WINGS. I tu już było lepiej. Znacznie lepiej. Dużo lepiej. Melodyjny skandynawski death metal a'la Dark Tranquility plus trochę deathcore'a zza Wielkiej Wody. Szacunek budził wokalista i basista Szymon. Wygląda może jak licealista z amerykańskiego koledżu, ale gdy ryknie swoim potężnym głębokim growlem to nie ma zmiłuj! Myślę, że gdyby pod sceną limanowskiego LDK-u jakimś cudem zmaterializowali się Glen Benton i Chris Barnes – poklepali by go po koncercie po plecach i rzekli „well done!”;). Chłopaki pograli swoje autorskie tracki, m.in. z ubiegłorocznej epki Depression. Zagrali też cover Somebody that i used to know niejakiego Gotye. Trzeba przyznać, że był to piękny gwałt na oryginalnej aranżacji i robił wrażenie. Ostatni utwór jaki zaprezentowali nosił tytuł Judgement day i tak też chyba można podsumować koncert młodych melodeathmetalowców z Grodu Kraka. Brawo.

Następni w kolejce byli tymbarczanie z RAZORMOUTH. Grali na Metallimie w ubiegłym roku i ocena ich występu mogłaby być kalką ubiegłorocznego, z jednym zasadniczym wyjątkiem. Mam wrażenie, że zaczęli grać jeszcze bardziej drapieżnie, że skondensowali te swoje utwory. I co ważne – są one krótsze, mniej rozmemłane, intensywniejsze i dają bardziej po ryju. Chłopcy jak wkroczyli na scenę to od razu ją zaanektowali i jęli po niej skakać, biegać, wywijać w te i wewte. Rozochocili tym samym publikę i mieli pod sceną chyba największy młyn z wszystkich dotenczas grających bandów. Mają – tak jak pisałem poprzednio – bardzo dobrego gitarzystę. Są młodzi, Ameryki muzycznie nie odkrywają, ale nie mają żadnych kompleksów, zahamowań czy jakichś „trem” - wchodzą na scenę i jebudu, jadymy z koksem! Dwa raz bisowali (z zaproszonym na scenę całym katalogiem gości). Dobra, energetyczna sztuka.

Po młodych, rozjuszonych tymbarczanach rozgrzana dobrze publiczność otrzymała dokładkę. Zaaplikował ją im DEALER, punkujący rapcore'owcy z Krakowa. Pod i na scenie gęsto się zrobiło, nie tylko od dymu i świateł. Ostre, cięte hardcore'owe riffy, pełne zaangażowanie sceniczne, rasowy szoł. Sudi z Dugim wyszczekujący na przemian polskie teksty: szczere, konkretne, czasem dosadne, ale do bólu prawdziwe (na marginesie: na myśl mi teraz przyszło – taki FRONTSIDE powinien u DEALERA pobierać nauki, jak pisać dobre polskojęzyczne teksty, które nie trącą wiochą). Zagrali kawałki z wydanej dla Spooka Degradacji oraz świeżej epki D3ALER (kilkanaście egzemplarzy pofrunęło w publikę). Stage diving, mosh, wspólna zabawa na scenie, singalongi. Hardcore po prostu. Polecam tego tego DEALERA.

MOUGA na żywo to zupełnie inny zespół niż studyjnie. Inny w tym sensie, że na scenie nabiera niesamowitego pazura, tężeje muzycznie co najmniej o dwie tony. Taki polski Billy Talent. Nie ma chyba sensu się powtarzać: ponownie jak rok wcześniej zagrali koncert, który można by opatrzyć podobnym komentarzem. Zaangażowanie, żywioł, zabawa. Konyu jest świetnym wokalistą z dość oryginalną barwą głosu i bezpretensjonalną konferansjerką. Basista Dywan to sceniczny wariat – mógłby terminować u Dillinger Escape Plan. Patrzeć/słuchać jak Stepol obsługuje zestaw perkusyjny to czysta radość dla oczu/uszu. Świetny z niego drummer z podobnym podejściem do grania jak wyżej wspominany Borsook z IAHOB. Gitarzysta Przemek też nie odstaje, choć jest chyba z nich wszystkich najspokojniejszy na scenie. Zagrali m.in. Arrows z nowej epki Hyperdrive do którego powstał teledysk. Były też chyba jakieś inne nowości, które trafią na nowy album. MOUGA pokazała pełen profesjonalizm i dużą klasę, za które zebrała rzęsiste oklaski i długie skandowanie, co dało jeszcze dwa bisy.

Ostatnim muzycznym aktem tegorocznej Metallimy byli deathmetalowcy z nowosądeckiego PNEUMATIC FROST (aaaarrrrggghhh!). Dość szybko się nastroili i do ataku. Charyzmatyczny wokalista Sitek co i rusz zachęcał publikę do zaangażowania (Metallima n@p%&#!*>»ć!). Wykręcili świetne, siarczyste i selektywne brzmienie gitar. W ogóle gitary w PNEUMATIC FROST obsługują fachowcy – to słychać i widać. Perkusista też jest, hmmm, kompetentny: blasty jedzie równo, miarowo i rytmicznie z gitarami. No i Sitek – dobra prezencja sceniczna plus głęboki, wyrobiony growl, inkrustowany kiedy trzeba blackowym skrzekiem czy nawet świniakiem. Ich koncert miał w pewnym sensie formułę monolitu, bo między utworami leciały introsy. Występ zakończyli odegraniem Chant for Eschaton wiadomo kogo. PNEUMATIC FROST to mocny ligowiec polskiego undergroundowego death metalu. A polski death metal, nie od dziś wiadomo, to – używając nadal futbolowej terminologii – Premiership europejskiego death metalu. A jeśli nie Premiership to na pewno La Liga co najmniej...

***

Metallima 2012 była – po prostu i najkrócej – udana. Stanowiła dla piszącego te słowa dobre muzyczne przetarcie przed spotkaniem twarzą w twarz z bogami ze SLAYER oraz luminarzami współczesnego metalu z GOJIRA i MASTODON w Warszawie na Ursynaliach. O tym możecie poczytać gdzieś powyżej.

Jeśli ino chcecie.

 

 

Tekst i foto: Sławek Łużny


Zobacz więcej zdjęć: