Ursynalia 2012

1Największy festiwal studencki w Europie i jeden z największych festiwali muzycznych w Polsce. Tak klasyfikują go organizatorzy. Czy tak jest w rzeczywistości? Trudno to jednoznacznie oszacować. Faktem jest natomiast, że muzycznie Ursynalia ze standardowymi juwenaliami studenckimi mają – poza podobieństwem w drugim członie nazwy – bardzo niewiele wspólnego. W zasadzie to jest jedyne podobieństwo. Tegoroczna edycja udowodniła to dobitnie. Chyba nigdzie i nigdy dotąd nie było w Polsce nagromadzenia tylu muzycznych tuzów, w tak profesjonalnych warunkach sceniczno-technicznych, za tak niewielką cenę, w ramach jednej imprezy.

 

Juwenaliowych koncertów, większych i mniejszych, dane mi było już co nieco poobserwować. Tegoroczne Ursynalia były moimi pierwszymi. Trzy nazwy zadecydowały, że mus mi było tam być: bogowie ze Slayer oraz dwie kapele, które ze świeżym spojrzeniem wepchnęły metal w XXI wiek i nadal w jakiś stopniu redefiniują go – a przynajmniej się starają – na nowo. Mowa o Gojira i Mastodon. Za rok, jak zdrowie i żona pozwoli, też tam będę. Tuszę, że gdyby organizatorzy sporządzili ankietę z pytaniem „czy za rok przyjedziesz na Ursynalia?” to setki, jak nie tysiące respondentów odpowiedziałoby „f**k yeah!”. Wykwitł i urósł w Warszawie na Ursynowie festiwal, który – jeśli dalej będzie się rozwijał w takim tempie – niebawem dołączy do największych eventów muzycznych w skali kraju. Wierzę, że jego rockowo-metalowa orientacja nie ulegnie zmianie czy jakiemuś rozwodnieniu i nadal będzie stanowić muzyczny kościec tego festu. Dwa zdania jeszcze o aurze: była najsłabszym aktorem tego 3-dniowego spektaklu. Chwilami lało i wiało tak, jakby to był listopad a nie pierwsze dni czerwca. W piątek, gdy dotarłem wczesnym popołudniem na teren Kampusu SGGW gdzie odbywała się impreza, rozpętała się taka ulewa i wichura, że nawet banery sceniczne się poodrywały, a namioty i parasole piwne latały w powietrzu. Przenikliwie zimno robiło się też po zachodzie słońca – szczególnie w pierwszy i drugi dzień (podkreślali to nawet muzycy ze sceny). Na szczęście te anomalie atmosferyczne miały charakter przelotne a nie ciągły, bo wtedy byłby duży problem. Jak mówili organizatorzy – to już zresztą tradycja Ursynaliów, że przynajmniej w jeden dzień festu leje. Dwa zdania jeszcze o scenach festiwalowych. Były dwie: main stage (scena główna) oraz mniejsza open stage, ulokowana po drugiej stronie terenu festiwalowego, gdzie występowali wykonawcy z nurtu muzyki klubowej, dubstep, hiphop, itp. Oddzielała je dość znaczna odległość i budynek SGGW, więc nie było żadnego problemu z nakładaniem się dźwięków. Mnie interesowało jednak tylko to, co działo się na main stage.

DZIEŃ I

Droga do Warszawy – a potem na teren festiwalu – przebiegła relatywnie szybko i w miarę sprawnie. Po przekroczeniu terenu Kampusu SGGW i małym rekonesansie, rozpętała się rzeczona wyżej wichura z siekącym deszczem włącznie. Trzeba było się gdzieś ukryć. Uczelniany bufet i gorąca kawa wydała się opcją optymalną. Schabowy. Kto zamawiał schabowego? pytała pani bufetowa. Okazało się, że Lipa zamawiał schabowego;). Wraz z resztą załogi LIPALI i TUFF ENUFF przyszli się posilić. Jak podjedli, była okazja chwilę pogadać. Mili, bezpośredni goście. TUFFy deklarowali, że ostro pracują nad nowym albumem, Lipa obiecywał, że zarówno ze swoim LIPALI, jak i z ILLUSION zagrają same łakocie. Nie kłamał. ILLUSION był dla mnie największym zaskoczeniem całej imprezy, ale o tym więcej gdzieś poniżej.

Dodam jeszcze od razu, że na początek każdego dnia festiwalowego na scenie występowały zespoły, które zwyciężyły w głosowaniu internautów radia Eska Rock.

Festiwal muzycznie zainaugurował FULL FLAVOUR. Młody, rockowy, sprawny warsztatowo i dość ciekawy muzycznie band. Są przed nagraniem debiutanckiego longa – informował wokalista – i są bardzo zadowoleni, że mogą zagrać na Ursynaliach. Po nich scenę w posiadanie objęli właśnie wyjadacze z TUFF ENUFF. Świetny występ! Punkowo-hardcore'owe energia, żywioł i zaangażowanie. Lały się (wraz z deszczem z nieba) same ich największe hity z Ma No Samos Gamines i Disco Relax na czele. Zagrali też nowy I am your conscience. Drapieżny i smakowity. Dostali od organizatorów tylko 25 minut, ale wykorzystali je w pełni. Mimo, że pod sceną była dopiero garstka ludzi – dali z siebie max zaangażowanie. Mam nadzieje, że spłodzą ten nowy longplay możliwie szybko, ruszą w objazd po polskich (w tym małopolskich) klubach i jeszcze ich gdzieś utrafię. Szacun dla TUFF ENUFF. Następne w rozpisce koncertowej były SANDALESS i NOKO, które sobie odpuściłem a do fosy i pod scenę wróciłem na AMETRIĘ. W międzyczasie pogoda się trochę wyklarowała i warszawscy core'owcy zagrali już bez deszczowo-wietrznego anturażu. AMETRIA to ekipa typowo koncertowa, która właśnie na żywo pokazuje swoją realną wartość muzyczną. Dobre, rytmiczne granie z miażdżącymi breakdown'ami plus zaangażowane, ale nietrywialne teksty. Publika ruszyła do zabawy. Przy Korzeniach wytworzył się pierwszy circle pit. W ostatnim kawałku z chłopakami zagrał gościnnie na perkusji Pniaq z PROLETARYATU. Dobra sztuka, naprawdę dobra. I czas na LIPALI. Przedstawiciele świetnej pomorskiej sceny alternatywnej – zaanonsował ich prowadzący. Co tu pisać? Fajny, bezpretensjonalny, nieco psychodeliczny koncert z taką też konferansjerką Lipy. Kwadratowo to zabrzmi, ale utalentowany z niego gitarzysta, rasowy wokalista i dobry tekściarz. Po prostu. Pograli dużo kawałków z Trio, choć ogólnie prześliznęli się przez całą dyskografię. Skończyli spokojnym, lirycznym wręcz Upadam. Jak nie trawię w 90 % polskich rockowych „ballad” tak ten kawałek zawsze mnie bierze. LIPALI zaostrzyło tylko smak na ILLUSION, który w harmonogramie był następnego dnia. O LUXTORPEDZIE można by skalkować wszystko to samo, co o LIPALI. Szybko zamontowali się na scenie – przywitali – i ruszyli od razu od swojego największego przeboju czyli Autystycznego. Pod sceną szał i pogo. Grali co bardziej znane kąski z debiutu i nowości z Robaków. To niesamowite, jak na przestrzeni zaledwie dwóch lat – bo tyle istnieje dopiero LUXTORPEDA – Litzy i spółce udało się stworzyć i wykreować band (brand?), który już jest w ścisłej czołówce rockowych załóg w Polsce, jego utwory trafiają na listy przebojów (vide: Autystyczny właśnie) i grają koncerty z największymi (vide: Sonisphere). Mam wrażenie, że eksgitarzysta ACID'S chyba sam jest wszystkim tym trochę zaskoczony. Na Ursynaliach dali solidny, także brzmieniowo, koncert. Hymn z Robaków (zobaczycie – będzie to hicior na miarę Autystycznego, nie ma bata!) dedykowany był powstańcom wielkopolskim. W międzyczasie znów popadało – przestało – pojawiła się tęcza, co Litza przypisał sile wyższej (Bogom ze SLAYER? - nie sądzę;). Do SLAYERA i tego co będzie miało miejsce niebawem na deskach scenicznych, nawiązywał zresztą często gęsto. Mówił o swojej młodzieńczej fascynacji pierwszymi albumami Amerykanów, „cytował” ich riffy z Hell awaits i jeszcze bardziej podgrzewał atmosferę oczekiwania. LUXTORPEDA z tarczą opuściła scenę. A na niej pojawili się przedstawiciele studentów oraz władz SGGW. Odbyła się krótka ceremonia oficjalnej inauguracji Ursynaliów, przekazania studentom kluczy do bram miasta, etc. No i nadeszła godzina zero. Ścisk pod sceną niemożebny, skandowanie, w tym tradycyjne Slayer k***a! (przez pozostałe dni festu też pojawiały się co jakiś czas). SLAYER nie ma fanów, SLAYER ma wyznawców, maniaków, muzycznych mudżahedinów. To wiadomym jest od momentu, gdy światło dzienne ujrzało plugawe Show no mercy. Pusta scena, wielka płachta z tym znanym patykowatym logo, przygaszone światła i parę minut przed 21szą z ogromnego zestawu nagłośnieniowego sączy się ten, kapitalny motyw. Krajst, South of heaven! Zaczynają od South of heaven! Wchodzą na scenę. Zamiast kurującego się Hannemana Gary Holt z EXODUS (pod każdym względem świetnie daje sobie radę z zastępstwem; że jest tylko jakimś zastępcą w ogóle nie widać i nie czuć – swobodnie mógłby być podstawowym gitarzystą Zabójcy). Kerry podzwaniający przytroczonymi u boku łańcuchami. Uśmiechnięty Tom w koszulce Reign in blood i stylowych skórzanych „bryczesach”. Za perkusją maestro Lombardo. Maszyna śmierci. Świetne, klarowne brzmienie. Niesamowite światła. Tom – czeluściom niech będą dzięki – w kapitalnej formie wokalnej. South of heaven płynnie przechodzi w World painted blood i megaentuzjastycznie przyjęte War ensemble, charakterystycznie przeciągająco zaanonsowane przez Arayę. Potem mordują za pomocą Die by the sword i Chemical warfare. Ziom przysyła mi sms z pytaniem: „Jak Slayer? Jak koncert”? „Pamiętasz kawałek Turbonegro I got erection?” – odpisuję mu. Następnie Hate worldwide i dwie petardy z kanonicznego Reign in blood: Altar of sacrifice i Jesus saves. Niesamowicie, po prostu niesamowicie na żywo wychodzą te starocie. Riffy siekące jak maczeta, punkowy kościec perkusyjny i wściekły wokal. Nie do opisania jak świeżo i agresywnie te kilkudziesięcioletnie kawałki się prezentują. Dalej Mandatory suicide, szybki i ostry Psychopathy red, wolniejszy Dead skin mask, Silent scream (Lombardo!!!), niespodzianka w postaci dość rzadko granego live Spirit in black. Araya dziękuje wszystkim za przybycie i wsparcie. Jest wyraźnie zadowolony. Z szatańskim uśmieszkiem pyta – du ju łona daj? Na prawidłową odpowiedź publiki, mistrzowie ładują Postmortem a niedobitków szlachtują Raining blood. I na koniec – wiadomo co. To co zawsze. Anioł. Usłyszeć na żywo solówkowe pojedynki Kinga i Hannemana/Holta w tym utworze, usłyszeć na własne małżowiny to charakterystyczne przejście na stopach w wykonaniu Dave'a: k***a BEZCENNE! I koniec, tyle. Co by tu jeszcze nie pisać, jakich wulgaryzmów wartościujących nie używać – prawda jest prosta jak drut: SLAYER rządzi, po prostu. Jest goliatem trash metalu, emperorem okupującym metalowy tron, wzorcem z Sèvres tego gatunku. Kropka.

Po nich na scenie zaprezentowało się niejakie CHASSIS. Mogą w cv sobie wpisać, że grali na jednych deskach ze SLAYEREM, ba – że SLAYER otwierał ich koncert;). Trochę na CHASSIS popatrzyłem, chwilkę posłuchałem, nie moja to nuta, poszedłem odsapnąć. I na koniec dnia główna gwiazda: LIMP BIZKIT. Trzeba rzetelnie przyznać – porwali do zabawy chyba największą publikę, grając te swoje największe radiowo-telewizyjne hity i sami świetnie się bawiąc. Wes Borland opatulony we wdzianko, jakby właśnie od trupy Marilyna Mansona się odkleił. Fred to szołmen niewąski, ale momentami też nie wahał się przerwać koncertu, gdy widział, że jest pod sceną za duży ścisk i niektórzy mdleją. Podkreślał, że świetnie się bawi, że bardzo mu się podoba – i nie była to chyba li tylko kurtuazja. Zagrali standardowe, festiwalowe greatest hits. Było Bring it back, My generation, Nookie, Behind blue eyes, My way, Take look around, Gold cobra i na koniec Rollin', przy którym chyba literalnie wszyscy – te kilkadziesiąt tysięcy luda – się bawiło. LIMP BIZKIT, mimo tego że największe sukcesy oraz czasy sławy i chwały ma już chyba za sobą, to na żywo nadal się sprawdza. Trzeba przyznać, że szarpie flakiem ten ich rapowany rock/metal i bezwolnie zmusza do większych czy mniejszych podrygów. Skończyli grać gdzieś w okolicach 1.30, a mi przyszło przebijać się na nocleg niemalże na drugi koniec stolicy. Slayer k***a! - się niosło gdzieniegdzie jeszcze po mieście...

DZIEŃ II

Na teren festiwalu dotarłem przed 18tą. Nie lało. Nie widziałem grających wczesnym popołudniem konkursowych PATHFINDER, SPIRIT OF 84, IRENA I ORBITY WIRU. Utrafiłem trzy albo cztery kawałki OEDIPUSa z Los Angeles. Grali na Ursynaliach w roku ubiegłym i musieli wypaść na tyle dobrze, że zaproponowano im powtórkę z rozrywki. Widać, że mają dość liczną bazę fanów wśród ursynaliowej publiczności, a nawet swój fanclub (to chyba on maczał palce w ich ponownej, tegorocznej wizycie). Średnio znam ich twórczość. Przesłuchałem świeży album Vicious little smile, ale nie zachwycił mnie. Taki alternatywny rock z domieszką happy punka. Jakkolwiek jednak, Amerykanie na scenie bawili się przednio, a i pod nią mieli grupę oddanych, dokazujących fanów. Na pewno w grafiku mogą sobie odhaczyć ten gig na plus. HUNTER był następny do golenia, choć gwoli ścisłości – to raczej on golił. Gdy wyszli na scenę i zaczęli grać, pod sceną wśród nastoletnich metalheads zawrzało (i zapiszczało). Było pogo, stage diving, nawet wall of death (średnio wyszła). Muzycy w stylowych cylindrach. Mistrzem ceremonii i wodzirejem był oczywiście Drak (po koncercie przechadzał się wśród publiki, pozował do fot i rozdawał autografy). Zagrali m.in. Płytki grób, Zbawienie i entuzjastycznie przyjętego Strasznika. Na perkusji miast Daraya zameldował się Letki („w cywilu” - zastępca Komendanta Głównego Policji). To był zaszczyt zagrać dla was – podkreślał Drak na koniec koncertu, dziękując za ciepłe przyjęcie. Można HUNTERA kochać, można nie lubić, można nienawidzić. Są tacy, którzy zarzucają im pretensjonalność i jarmarczną teatralność. Ja, mimo że nie darzę ich wielkim uczuciem, to jednak szanuję. Za to, że znaleźli swoją niszę i formułę. Za liczną grupę oddanych fanów. Czy choćby za to, że w poważaniu mają krytykantów i robią swoje. Tak trzymać. MY RIOT z charyzmatycznym Glacą byli następni. Wskoczyli raz dwa po HUNTERZE i bez zbędnej napinki zaczęli od Jak sen. Glaca to jest sceniczna nawet nie petarda, ale bomba. Od razu ruszył do publiki pod sceną, biegał, skakał, zachęcał wszystkich do rozp****olu. Chyba z cztery razy przebierał się podczas koncertu. Jeden z utworów zadedykował ś.p. Docentowi. Podczas Sam przeciwko wszystkim zainspirował, z sukcesem, rozkręcenie wielkiego circle pitu. MY RIOT to twór wybitnie sceniczny, ze zwierzem koncertowym na wokalu. Duże wrażenie robiły też ciekawie dobrane wizualizacje do muzyki. MY RIOT mógłby świetnie sprawdzić się w roli supportu LIMP BIZKIT. Stylistycznie obydwie załogi nie są od siebie odległe. Pod koniec zagrali jeszcze wyczekiwane Dzisiaj mnie kochasz z repertuaru SWEET NOISE oraz Kiedy ból przemija. Był też Botox i N.U.E.R.H.A. Glaca podziękował za gorące przyjęcie oraz support i zwolnił scenę dla IN FLAMES. Nim ci jednak wkroczyli na nią, nastąpiła ponadgodzinna przerwa ze względu na kłopoty techniczne. Nie jestem pewien, ale chyba był problem z zamontowaniem dodatkowej belki z oświetleniem dla NIGHTWISH. Trwały usilne próby by to przygotować, ale po godzinie dano sobie spokój i szwedzcy klasycy melodyjnego death metalu w końcu zagrali. Zaczęli od tytułowego Sounds of a playground fading z ostatniego albumu, szybko przechodzącego w Deliver us. Zabawa była przednia – mnóstwo mosherów, circle pitów, headbangingu, crowd surfing. Trzeba było się ruszać, bo zrobiło się arcy-wręcz-zimno, o czym nie omieszkał też przypomnieć wokalista Anders Friden („A podobno mamy lato...”). Miał na sobie koszulkę GHOST, podobnie jak techniczny MASTODONA dnia następnego, podobnie jak Hetfield na dvd BIG 4. Co tak wszyscy promują tego przeciętnego zaiste GHOSTA? Nie rozumiem. Wróćmy do IN FLAMES. Anders dość dużo konferował z publiką. Przeprosił za kłopoty techniczne i obsuwę czasową. Zagrali w sumie chyba wszystkie największe hity, był m.in. Trigger, Only for the weak czy nawet Fear is the weakness, który wypadł wprost rewelacyjnie i został chyba najgoręcej przyjęty przez rozgrzaną publikę. Wrażenie robiły efekty świetlne podczas całego występu. Mocne stroboskopy przyprawione znaczną ilością dymu dawały momentami wrażanie, jakby się IN FLAMES oglądało w jakimś dziwnym panoptykonie, a nie na dużej scenie. Na koniec wybrzmiały Cloud connected, The mirror's truth i wyczekiwany Take this life. Nie jestem wyznawcą szwedzkiego melodyjnego death metalu (szwedzkiego death metalu niemelodyjnego – a, to już bardziej;), ale występ Szwedów robił wrażenie i wywołał sporo emocji. Nie spodziewałem się. Największą jednak niespodzianką tego dnia (i całych chyba Ursynaliów) był koncert ILLUSION. Sound jaki wykręcili – mimo pośpiechu w przygotowaniach, wynikającego z wcześniejszej obsuwy – ścinał głowy niewiernych. Dokładnie tak – dekapitował i zarzynał! Niesamowicie selektywne, siarczyste i precyzyjne przy tym jak fiks, a wszystko to wyśmienicie, klarownie nagłośnione. Nie wiem czy to kwestia przypadku była i tego pośpiechu, ale nie sądzę. To był niesamowity koncert, niesamowitego zespołu. Lipa to jeden z najlepszych polskich wokalistów rockowych, bez dwóch zdań. Usłyszeć na żywo tak świetnie nagłośnione i wykonane np. Wendettę, Pana nikt, W słomę rąk czy B.T.S, Solą w oku albo Kły, te wszystkie znane kawałkito jest fantazja. Wszystko to doprawione naprawdę kapitalną grą świateł. ILLUSION to bardzo istotny kawałek polskiego rocka. Lipa, Jerry, Paweł, Jarek – to żadna iluzja – jesteście wielcy! Na koniec zagrali Nóż, Wojtka i – na bis – Na luzie. Zabili. Nie mam pytań. Chcę ich za rok znowu. Skoro jakiś OEDIPUS może – ILLUSION musi;). No i nadszedł czas na gwiazdę wieczoru, symfoniczno-folkmetalowy fiński NIGHTWISH (przed nimi jeszcze krótki występ dał podobny stylistyczne AT THE LAKE). Muzycznie nie moja to para kaloszy, ale nie sposób nie docenić profesjonalizmu muzyków i dobrej, dopracowanej prezencji scenicznej. Zwracało uwagę, stylizowane na organowe, „zabudowanie” klawiszy Tuomasa – się jakiś spawacz napracować musiał;). Utwory, które Finowie zaprezentowali to chyba ich największe przeboje. Z przeze mnie znanych i kojarzonych było na pewno Storytime (chyba drugi w kolejności), zaraz po nim Wish i had an angel, potem jeszcze I want my tears back, na pewno Nemo, a na koniec tytułowe z ostatniej płyty Imaginaerum. Gdzieś jeszcze przemknął cover Gary Moore'a Over the hills and far away. Dodatkowym gościem na scenie był Troy Donockley, który pogrywał na dudzie. On zresztą otworzył koncert, wykonując na swym instrumencie cover Finlandia. Scena obfitowała w różne inscenizacje i dodatkowe elementy nawiązujące do graficznej oprawy Imaginaerum. Do tego dochodziły efekty w postaci słupów ognia oraz dymu, pirotechniki, itp. Miało to też walor praktyczny, bo jak ktoś stał blisko sceny to mógł się podgrzać trochę;). Porównania obecnej wokalistki Anette do poprzedniej Tarji, nie mają większego sensu. Te dwa wokale są nieporównywalne. Choć trzeba przyznać, że Anette wpasowała się już w koncept NIGHTWISHa, jest jego integralną częścią i czuje się pewnie. Reasumując – pełen profesjonalizm na deskach i gorące – mimo panującego chłodu – przyjęcie przez fanów pod sceną. Wszyscy zadowoleni. Dzień drugi – a patrząc na porę czasową: trzeci już – dobiegł końca.

DZIEŃ III

GOJIRA i MASTODON. Tymi dwoma nazwami oddychałem od niedzielnego poranka. Czy GOJIRA na żywo zabije? Czy prawdą być może, że MASTODON na żywo słabuje? Że genialni to oni są, ale tylko studyjnie? – zastanawiałem się. Na teren festu dotarłem bezpośrednio przed koncertem Francuzów. Nie widziałem grających wcześniej ALONE, OCEAN, BELIVE i ARMII. ARMII trochę żałuję, bo jeszcze ich na żywo nie widziałem. Pograli podobno dużo utworów z Legendy, więc tym bardziej szkoda. Aczkolwiek ekipa Budzego jest dość aktywna koncertowo, więc prędzej-później ich gdzieś utrafię. ARMIA ARMIĄ. Zostawmy ARMIĘ, bo tu GOJIRA ma zaraz grać. Autorzy The way of all flesh i From Mars to Sirius, albumów bezdyskusyjnie kapitalnych! Francuska bestia wyszła na scenę o 17ej i bez żadnej specjalnej zapowiedzi zionęła na wszystkich zebranych. Na początek Oroborus. Jeszcze żywym poprawiła od razu The heaviest matter of the universe (The heaviest song of the universe – tak ten wałek się powinien nazywać; Boże, jak on kopie dupska!), a niedobitków potraktowała Backbone. Muzyczny armagedon. W zasadzie mogłoby to być na tyle z mojej strony. Trzy najlepsze, najmocniejsze strzały na początek, trzy knockdowny, krew z uszu. Nie wierzycie? Sprawdźcie youtube’a. GOJIRA jest wielka. To nie przypadek, że METALLICA ich właśnie bierze sobie na support. Dantejskie sceny od samego początku zaczęły się dziać wśród publiki. Wariactwo, czyste wariactwo zapanowało pod barierkami. Uskutecznił się chyba największy mosh i młyn na tym festiwalu. Joe, Mario, Jean-Michel i Christian szybko to zauważyli, momentalnie złapali kontakt z publiką i odpłacili im takim samym, stuprocentowym zaangażowaniem. Zresztą – oni chyba inaczej nie potrafią. Fenomenalni są. I studyjnie i na żywo. Patrzeć na grę Mario to sama przyjemność i szczery zachwyt, kapitalny z niego drummer. Przepotężny był to i świetnie nagłośniony koncert, z kapitalną reakcją i interakcją na linii zespół – publika. You're fucking crazy. You guys are sick – chwalił ich Joe Duplantier. Nie była to czcza, sytuacyjna gadka. Następne w kolejności poleciały Love i klasyczny już, rzec można, Flying whales (na nim pojawiła się ściana śmierci). Na scenie w międzyczasie wylądowała polska flaga. W dalszej kolejności Space time i Toxic garbage island. Świetna zabawa: na scenie i pod sceną. Uśmiechnięte, bardzo zadowolone twarze: na scenie i pod sceną. Mosh i wielkie zaangażowanie: na scenie i pod sceną. I długo by tak jeszcze można wymyślać. Przy barierkach fani z afiszem o treści: Duplantier Brothers. We Would Die For Your Picks And Sticks! Dostali potem, uszczęśliwieni, o co prosili. Po Toxic garbage zagrali tytułowy utwór z nadchodzącej wielkimi krokami nowej płyty. L'enfant sauvage jest świetny. Jeśli pozostałe nowe kawałki przynajmniej w połowie są tak porywające – mamy pretendenta do płyty roku 2012. Na koniec występu gorąco i szczerze podziękowali za świetne przyjęcie (już drugie w ostatnim czasie w Warszawie, bo trzy tygodnie wcześniej grali na Sonisphere na Bemowie). Publika odwzajemniła się głośnym i chóralnym skandowaniem „Merci!” Joe solennie zapewnił że wrócą po wydaniu L'enfant. Swój skandalicznie za krótki, raptem 50-minutowy set Francuzi zakończyli prześwietnym Vacuity. Uff. Ten zespół już jest wielki, a będzie jeszcze większy. Następna w grafiku była CHEMIA. Nie wiem jak i co grali, bo musiałem odsapnąć nieco i podładować akumulatory. Zbliżał się bowiem MASTODON. Luminarze współczesnego metalu, którzy starają się i próbują (ze świetnym skutkiem) pchać go do przodu czy nawet reformować. Było trochę obaw, bo krążyły opinię, że MASTODON live nie jest tak porywający, że wokalnie nie wyrabiają, że to co wywijają instrumentalnie na płytach nie potrafią przełożyć na sceniczne deski itp. Dvd Live At Aragon trochę te obawy podsycało. Dupa tam jednak, dają rady! – mogę post factum ocenić z pełną, osobistą odpowiedzialnością. To był zupełnie inny koncert niż GOJIRA, ale równie porywający. Mniej bezpośredni a bardziej... eteryczny? Amerykanie prezentują inny rodzaj muzycznej (i scenicznej) ekspresji niż Francuzi, ale ich zaangażowanie i skupienie jest pełne; utrzymują też w przeciwieństwie do GOJIRY raczej nikły kontakt z publiką (choć Troy Sanders w trakcie gigu dawał do zrozumienia, że bardzo podoba mu się to, co wyczynia kilkusetosobowe stadko wariatów pod sceną). Zresztą – nie może być chyba inaczej, bo aby odegrać na żywo te wszystkie mastodonowe zawijasy i zapętlenia to trzeba się uważnie skupić i sprężyć. To nie jest punk rock;). Koncert zaczęli od mocarnego Black tonque z ostatniej płyty i od razu pod sceną zrobiło się gorąco. Potem Crystal skull, Dry bone valley, Thickening i łamiący kości Octopus has no friends. Liczyłem (jak i pewnie kilka tysięcy innych osób) na Oblivion, ale tego niestety nie zagrali. Dużo, bo aż jedenaście, było kawałków z The Hunter, m.in. jeszcze Spectrelight, Curl of the burl, All the heavy lifting czy Blasteroid. Przemknął gdzieś też tytułowy z poprzedniej płyty oraz Blood and thunder. Występ zakończyli spokojnym Creature lives. Pokłonili się publice, podziękowali za wsparcie. Perkusista Brann Dailor pochwalił zebrane audytorium i obiecał, że jeszcze wrócą. Niech wrócą, najlepiej na jakiś klubowy gig. Amerykanie naprawdę dali radę. Obalił mi ten koncert dwa mity oraz unausznił i unaocznił jeden fakt. Mianowicie: 1. MASTODON na scenie, jak jest dobrze nagłośniony i ma możliwości techniczne (a tak było na Ursynaliach) radzi sobie świetnie. 2. Brent Hinds na żywo – wbrew temu co widać i słychać na Live At Aragon – potrafi śpiewać i jest w stanie odwzorować swoje partie wokalne z płyt. 3. Brann „Nie przestaję grać perkusyjnych przejść” Dailor jest – obok zresztą Mario Duplantiera z GOJIRY – jednym z 10 najlepszych perkusistów metalowych (a już wokalistą wśród perkusistów – najlepszym;). Po Amerykanach na scenie zameldował się szatański skrzypek w służbie ciężkiego riffu czyli monsieur JELONEK ze swoją kamandą. Co tu wiele pisać o JELONKU? Wszyscy go znają, wiedzą jak „pure evil” jest artystą i jak czarcio mroczną odmianę metalu prezentuje. Rozruszał i rozbawił publikę na całego i raz dwa zaangażował do zabawy („Kto nie poguje – ten kabluje”). Ponoć KORN po ubiegłorocznym koncercie na Ursynaliach chciał go zabrać na światowe tournee;). Widać, że JELONEK przed ursynaliową publiką czuje się jak... ryba w wodzie. Potrafi zapodać jej to, czego oczekuje: potężną pigułę dobrej zabawy opartą o fajny riff i wariacje największych twórców muzyki klasycznej. Ale nie tylko – jak Michał i reszta składu zaprezentowali swoją wersję nieśmiertelnego Daddy cool, to prawie wszyscy zebrani ruszyli w mniejsze lub większe tany i podrygi. JELONEK to chyba taki nieodłączny punkt muzyczny Ursynaliów, zapewne za rok też się pojawi w rozpisce i nikt nikomu nie będzie miał tego za złe. I zajebiście. Skrzypek zluzował scenę a wkroczył na nią bardzo młody z wyglądu band pn. HOLDEN AVENUE, zwycięzca konkursu kapel. Już sam fakt, że mogą zagrać był dla nich niesamowitym wyróżnieniem – solennie podkreślał to młodziutki wokalista, mniej więcej co drugi utwór;). Trudno im nie wierzyć. Zaprezentowali swoje autorskie kawałki. Nie wiem w sumie jak to ocenić – takie punkowo-rockowo-indie młodzieżowe, gimnazjalne granie. No i przyszedł czas na ostatni występ tegorocznych Ursynaliów czyli Kanadyjczyków z emopunkowego BILLY TALENT. Było już po 22ej gdy wyszli na scenę. Znów zaczęło padać, ale każdy miał to już gdzieś. Była ciepła noc – w porównaniu do piątkowej i sobotniej – i deszcz na nikim nie robił większego wrażenia. Wokalista Ben Kowalewicz (jego ojciec jest Polakiem) co rusz dziękował, również po polsku, za ciepłe przyjęcie, jakie zgotowali im ursynaliowicze. Zagrali wszystkie te swoje najbardziej znane kawałki, m.in.: Try honesty, Saint Veronika, Viking death march czy znany chyba przez wszystkich Surrender. Było dużo ruchu na scenie i pod nią. Był też ścisk pod barierkami. Ben, podobnie jak Fred Durst w piątek, apelował by zwracać uwagę na osoby upadające bądź mdlejące. Zaprezentowali też przebojowe Devil on my shoulder a na bis Fallen leaves i Red flag. Żegnając się obiecali że na jesieni wrócą.

I tym optymistycznym akcentem ...

***

Małe resume: jak wspomniałem na początku – były to moje pierwsze Ursynalia, dlatego nie ocenię ich jakąś metodą porównawczą. Spróbuję ogólnie. Na pewno jest to największa impreza studencka w Polsce. Wydaje mi się jednak, że poziom i rozmach całego eventu powoduje, że „studencka” tak naprawdę jest li tylko z nazwy, lokalizacji czy formalno-organizacyjnego patronatu i zaangażowania. Bo poza tym, to jest – jak dla mnie – normalny, rasowy, open air'owy festiwal. Ze znaczną liczbą muzycznych gwiazd, profesjonalną sceną i obsługą czy w końcu: kilkudziesięciotysięczną publiką (nie tylko studencką!), rekrutującą się z różnych zakątków kraju. Przykład? Wyruszając z Krakowa do Warszawy osobiście spotykałem ludzi z różnych zakątków Małopolski (Przemyśl, Tarnów, Gorlice, nawet Ustrzyki) zmierzających na Ursynalia. Mocnym argumentem, chyba najmocniejszym, jest też kwestia cen biletów/karnetów. Jak nie jechać, nawet przez pół Polski, na Slayera i Limp Bizkit, płacąc za bilet np. 40 zł? No właśnie. Mam nadzieję i tego życzę organizatorom (sobie zresztą również;) by przyszłoroczna edycja, i kolejne także, była równie atrakcyjna finansowo dla uczestników. Zdaję sobie sprawę, że uzależnione jest to od wielu czynników, zapewne przede wszystkim od liczby pozyskanych sponsorów. Mam także nadzieję (i tego również życzę organizatorom;), by przygotowując przyszłoroczny line up nadal utrzymali rockowo-metalową proweniencję festiwalu. I w zasadzie chyba tyle.

TEKST: SŁAWEK ŁUŻNY, MARCIN WILK

FOTO: WITEK BOMBA, SŁAWEK ŁUŻNY, MARCIN WILK


Zobacz więcej zdjęć: