'Warm bodies' - czyli 'Wiecznie żywy'

Nicholas Hoult - R
Nicholas Hoult - R

Jestem pewien, że zatwardziali fani zombie się ze mną nie zgodzą. Choć z drugiej strony, ta pewność nie ma zbyt silnych podstaw, bazuje bowiem na wewnętrznym przekonaniu i fragmencie dyskusji, jaka wywiązała się na jednym z portali o filmach. No bo kto to widział robić z historii o zombie, brutalnej, krwawej, beznadziejnej walce z hordami nieumarłych komedię romantyczną?

 

Po tej małej dygresji powrócę może do pierwszego zdania. 'Warm bodies' to dobry film. Mamy post apokaliptyczny świat, który został podzielony między truposzy i garstkę ocalałych, których jednak z każdym dniem ubywa. Nie jest on jednak tak czarno - biały jak można na podstawie filmowej konwencji wnosić, gdzie żyjący zabija bezmózgie zombie, a zombie zjada mózg żyjącego. Nieumarli okazują się nieco bardziej skomplikowani, niż mogłoby się wydawać z perspektywy ich zimnej powierzchowności. Mają swoje nawyki, zazwyczaj związane z tym, co robili za życia. Mają swoje problemy, na przykład nieuchronna przemiana w 'szkieletora'. Takim zombie właśnie jest R. Do tego nie czuje się zbyt dobrze z tym, że musi się posilać ludźmi. Ale hej, to nie jego wymysł. Tak po prostu jest to urządzone.

Teresa Palmer - Julie
Teresa Palmer - Julie

Z drugiej strony jest Julie. Typowa dziewczyna, postawiona w nietypowej sytuacji. Jej ojciec, grany przez świetnego Johna Malkovicha, jest przywódcą miasta ludzi, otoczonego wysokim murem, który jest jedyną barierą oddzielającą ich od truposzy. Ludzie też zachowują się tak, jak ludzie zwykli. Wyprawiają się na poszukiwanie jedzenia, zapasów, zabijając przy tym zombie. Właśnie podczas jednego z takich wypadów R poznaje Julie.

Zaznaczę w tym miejscu, że ten film nie nawiązuje do znanej sagi 'Zmierzch', co wiele osób mu zarzuca. Wystarczy spojrzeć na imiona bohaterów, żeby zauważyć, że 'Warm bodies' nawiązuje raczej do chyba najbardziej znanego romansu w historii literatury, 'Romea i Julii'. Właściwie porównanie tego filmu do 'Zmierzchu' może jedynie zaszkodzić i siadając do seansu z takim nastawieniem można tylko się zniesmaczyć i stracić czas.

Opowieść, choć może się wydawać infantylna, jest bardzo dobrze podana. Narracja przebiega dość gładko i historia toczy się swoim tempem. Nie ma tu jednak zwyczajowego dla filmu o zombie napięcia, oczekiwania, że zaraz zza załomu budynku wyskoczy horda smakoszy mózgu, albo zastanawiania się, kto zginie następny. Nie jest to jednak wada, ponieważ film nie jest horrorem, tylko komedią romantyczną, skupia się więc na nieco innych aspektach. Nie zabrakło jednak flagowego dla zombie jedzenia ludzi i pękających czaszek truposzy. Wszystko jednak z umiarem.

Jeśli chodzi o aktorów, podobała mi się gra Nicholasa Houlta, grającego R. Świetnie się poruszał, miał świetną mimikę twarzy. Jak dla mnie bardzo dobrze odegrany skonfliktowany zombie. Teresa Palmer, która wcieliła się w Julie nie powaliła mnie na kolana, ale też nie mam się do czego przyczepić, więc ogólnie wypadła przyzwoicie.

Na uznanie zasługuje muzyka. Została podana w interesujący sposób, często bowiem była puszczana z adaptera. Świetnie jednak pasowała do całości, uzupełniając obraz. Może wydawać się momentami infantylna i tendencyjna, ale wpisuje się doskonale w klimat filmu.

Cóż mogę napisać na koniec. Świetny film, który swobodnie można obejrzeć z dziewczyną. Czy skłania do głębszej refleksji? Ciężko powiedzieć. Dużo zależy od tego, co aktualnie siedzi w głowie oglądającego. Może, ale nie musi.

 

Tekst: Marek 'Days' Wilkowski

Zdjęcia:z filmu 'Warm Bodies'