Resident Evil: Afterlife

Plakat promocyjny filmu Resident Evil: Afterlife (źródło: FilmWeb.pl)Jakiś czas temu do polskich kin weszła czwarta odsłona przygód Alice, granej przez Millę Jovovich, która wciąż walczy z hordami nieumarłych i Korporacją Umbrella. W filmie zobaczymy także znaną z trzeciej części Claire Redfield, w której postać ponownie wcieliła się Ali Larter. Pojawia się również Kim Coates, oraz znany z 'Prison Break' Wentworth Miller. Na koniec, dla cierpliwych, jest jeszcze krótka scena Jill Valentine, która była jedną z bohaterek Resident Evil:Nemesis. Tu także, jak poprzednio, zagrała ją Sienna Guillory.

 


Film został zrealizowany w technologii 3D. Zaserwowane efekty są na bardzo przyzwoitym poziomie. Mówiąc kolokwialnie 'Matrix wymięka', bynajmniej nie dlatego, że nie był w podobnej technologii kręcony. Prócz wspomnianego 3D, mamy także znany właśnie z Matrixa 'bullet time', z którego korzystano w wielu scenach, szczególnie z udziałem Alice. Mnóstwo salt, przewrotów, bieganie po ścianach, latające z prawej na lewą, albo z powrotem kule, tryskająca z rur woda i mnóstwo posoki, a wszystko to w zwolnionym tempie.
Prócz bardzo dobrej oprawy wizualnej, twórcy zatroszczyli się także o część audio. Muzyka jest rewelacyjna i świetnie oddaje klimat i charakter filmu. Idealnie wkomponowuje się we wszystko, co dzieje się na ekranie, będąc integralną częścią obrazu.
Ponownie widzimy Millę, a nawet Mille(liczba mnoga), które ogniem i mieczem torują sobie drogę przez hordy tępych nieumarłych, czy nieco bardziej rozgarniętych i, tylko początkowo, żywych pracowników Korporacji Umbrella. Fabuła czwartej części połączona jest z wydarzeniami z 'Zagłady', czyli poszukiwaniami Arcadii, która ma być oazą spokoju, wolną od wirusa - T i nieumarłych. Alice podróżuje samolotem w poszukiwaniu ocalałych i utopijnego miasta.
Wszystko ładnie. Nie do końca...
Aranżacje strzelanin wyglądają jak żywcem wzięte z początku lat 90', kiedy to wśród latających w koło kul, giną tylko ci źli. Strzelanie w biegu, strzelanie w locie nurkowym, a wszystko to z karabinków maszynowych, które plują pestkami 9mm, w stronę żołnierzy w kamizelkach kuloodpornych, hełmach, kryjących się nierzadko za tarczami. Mało tego, bohaterowie dysponują niekończącym się zasobem amunicji w magazynkach. Kolejną dziwną rzeczą są zombie, które napędzane głodem, najwyraźniej wykształciły w swoich szeregach inżynierów. Bohaterowie, którzy pozostali zwykłymi ludźmi chwilami sprawiają nieco odmienne wrażenie. Po jednej ze scen już wiem, dlaczego biali nie potrafią skakać. Przez cały seans miałem wrażenie, że odpowiedzialni za ten film obejrzeli, stwierdzili 'ujdzie', i taśmy trafiły do kin (wiem, że na nośniku cyfrowym). Na domiar złego wprowadzenie Chrisa, granego przez Wentwortha Millera odbyło się w dość niefortunny sposób. Aczkolwiek muszę przyznać, że jego postać najbardziej przypadła mi do gustu, oczywiście pomijając Alice i Claire, które zabijanie nieumarłych doprowadziły do rangi sztuki. Chris to nader ciekawy, dobrze zagrany bohater, choć opowiadana przez niego historia jest dość niejasna. W tym wszystkim najbardziej nijaki okazuje się Wesker, którego można było poznać już w trzeciej części serii, zaś w Afterlife jest głównym antagonistą ocalałych i Alice.
Fabuła jest prosta, przewidywalna do bólu, rwie się i rozłazi z każdej strony. Całości brakuje konsekwencji i ciągu przyczynowo skutkowego.
Ogólnie rzecz ujmując, oprawa na plus, muzyka na plus, bohaterowie, prócz Weskera, na plus; fabuła duży, a nawet ogromny minus, sceny rodem z filmów akcji początku lat 90' - minus, realizacja na 'ujdzie' - minus.
Jeśli lubisz stare kino akcji, gdzie bohater nie musi się martwić o opróżniający się magazynek, przewidywalną fabułę, dobre efekty i świetną muzykę, i oczywiście Millę Jovovich, jest to zdecydowanie film dla Ciebie.

Marek 'Days' Wilkowski