Brad Pitt vs martwiaki

Plakat filmu World War Z
Plakat Filmu 'World War Z'

Nie jestem wielkim fanem filmów o zombie. Może dlatego, że ta idea chwilami jest dla mnie durna i bzdurna, a do tego często pokazywana w durny i bzdurny sposób. Podobne odczucia miałem, gdy po raz pierwszy usłyszałem o World war Z. Nie przekonywała mnie nawet obecność Brada Pitta. Z czasem zaczęły do mnie docierać stwierdzenia, że ten film jest całkiem dobry. Postanowiłem więc przekonać się na własnej skórze, czy można coś ciekawego z zombie ukręcić. Jak się okazało, można.

 

Nie będę się rozwodził nad szczegółami fabuły, która jest dość typowa. Film zaczyna się urywkami wiadomości z różnych części świata, gdzie dzieją się dziwne rzeczy, ludzie zapadają na nowe choroby, są agresywni, itd. Później poznajemy Gerrego, w którego wcielił się wspomniany wcześniej Brad Pitt. Ciężko na dzień dobry określić, czym bohater się zajmuje, poza rodziną oczywiście, jednak gdy świat wywraca się do góry nogami, okazuje się, że Gerry to całkiem zaradny facet. Kłopot w tym, że w świecie opanowanym przez nieumarłych to trochę mało. Na jego szczęście, Gerry ma za sobą wsparcie sporej organizacji, dzięki której ma możliwość uratowania świata i swojej rodziny przy okazji. Jednak, żeby to osiągnąć musi wybrać się w parę miejsc, mając za bezpośrednie wsparcie oddział Navy Seals i wirusologa, którego zadaniem jest poznanie natury potencjalnego czynnika sprawczego i znalezienie lekarstwa. Łatwizna. W tym miejscu pojawiają się zety, które mają nieco inne plany.

Czym są zety? To oczywiście zombie (w filmie występują obie nazwy), których głównym celem jest pogryzienie wszystkich w zasięgu zębów. Zazwyczaj są nieruchawe i, poza bladą skórą czy śladami po ugryzieniach nie, wyglądają zbyt groźnie. Sytuacja jednak ulega zmianie, gdy trafia się okazja, żeby coś ugryźć. Z powolnych, kłapiących co jakiś czas szczękami trupów przeistaczają się w rozwścieczone, żądne krwi bestie, których prawdziwa siła jest w ilości. Są wtedy niepowstrzymani i pędzą jak rzeka, zabierając niemal wszystko na swojej drodze. Muszę przyznać, że pierwszy raz coś takiego w filmie widziałem.Mamy więc zombie, mamy ludzi, którzy chcą ich powstrzymać, a

także ocalałych. To zaś znaczy, że powinno być dużo biegania, strzelania, krzyczenia, wybuchów, ucieczek. Stwierdzam krótko, że było to wszystko, a nawet więcej. Co jednak, według mnie, odróżnia ten film od pozostałych produkcji, które oglądałem, to brak chaosu i głupoty w działaniu. Oczywiście można się ze mną nie zgodzić, ale w wielu sytuacjach zachowałbym się podobnie, nie mając innej opcji do wyboru. Gerry działa metodycznie, z głową, a do tego bardzo szybko podejmuje decyzje, które mogą zaważyć na powodzeniu całej operacji. Jest po prostu właściwą osobą na właściwym miejscu.

Jeśli chodzi o realizację było dużo filmowania z ręki, trzęsąca się w biegu kamera nadaje obrazowi dynamiki, choć trochę przy tym irytuje. Jest sporo momentów, gdzie coś znienacka pojawia się na ekranie, zazwyczaj z krzykiem i rozdziawioną paszczą. Twórcy obrazu zabierają widza w różne części świata, gdzie ludzie bardziej lub mniej do tego przygotowani, próbują sobie poradzić z nową, zaskakującą sytuacją. Na uznanie zasługują także efekty specjalne, głównie dlatego, że bryzgająca krew nie była tak sztuczna jak często widuję w produkcjach kinowych ostatnimi czasy, a przynajmniej nie rzuciło mi się to w oczy, zaś płynąca rzeka zetów robi spore wrażenie. Dopełnieniem obrazu jest świetna muzyka, wpisująca się w klimat.

Póki co najlepszy film o zombie jaki widziałem, do tego podobał mi się. Może nie jest szczególnie nowatorski i odkrywczy, może było parę potknięć, ale całościowo wychodzi obronną ręką. Nie ma wszędobylskiej amerykańskości i patosu, jedynie ludzie walczący o przetrwanie. Jest nieco inne podejście do tematu i ogarnięty bohater, który nie biega bez celu, próbując jakoś przeżyć.

Z mojej strony polecam.

 

Marek 'Days' Wilkowski