Nastolatka i demony

Niektórzy zarzucają temu filmowi infantylność. Inni, choć czasem ci sami, twierdzą, że jest to typowy obraz dla nastolatków, poczytując to jako wadę. W skrócie jest to lekka, momentami zabawna opowieść o nastolatce, której życie nagle wywróciło się do góry nogami za sprawą świata, o którego istnieniu nie miała pojęcia. No jasne, że będzie infantylna i dla nastolatków.

Plakat filmu Dary Anioła: Miasto Kości
Plakat filmu
 

Clary (Lily Collins) jest typową, choć może nie do końca, nastolatką. Wyjaśnię, czemu nietypową. Otóż swoje osiemnaste urodziny postanowiła spędzić w towarzystwie swojego przyjaciela Simona (Robert Sheehan), który w sumie wolałby być kimś więcej, na wieczorku poetyckim. Dlaczego znowu typową? Ponieważ po wszystkim poszli do klubu, w którym Clary miała nadzieję dowiedzieć się czegoś na temat symbolu, który od jakiegoś czasu rysuje. Dowiedziała nieco więcej niż planowała.

Szybko okazało się, że nie może ufać nikomu, ani niczemu, wliczając własne wspomnienia, a matka i jej bardzo kudłaty przyjaciel najwyraźniej sporo przed dziewczyną ukrywali.
Akcja zagęszcza się, gdy matka Clary zostaje porwana, a dziewczyna musi stawić czoła opętanemu przez demona rottweilerowi. Na szczęście z pomocą przychodzi jej świeżo poznany Nocny Łowca, Jace (Jamie Campbell Bower), w którego żyłach płynie nieco inna krew. Od tego momentu cel jest jasny, odnaleźć porwaną matkę i poznać prawdę.

Na drodze pojawiają się jednak czarownicy, czarownice, wampiry (tu na szczęście obyło się bez wydumanego romantyzmu), wilkołaki, więcej Nocnych Łowców, jeszcze więcej demonów i przenoszenie między wymiarami. Droga dość wyboista, ale ostatecznie, ze wsparciem przyjaciela, który chciałby być kimś więcej, trójki Nocnych Łowców, czarownika i kudłatego przyjaciela matki, Clary udaje się dotrzeć do celu. Zwrot akcji po drodze funduje jej pewną niespodziankę, ale przecież trzeba trochę zamieszać.

Tyle jeśli chodzi o fabułę, z grubsza. O ile tam całość, choć sztampowa, jest jakoś poskładana, to scenariusz nie klei się zupełnie. Co prawda akcja postępuje dość logicznie i nie ma tam wielu zgrzytów, jednak jest mnóstwo co najmniej zastanawiających sytuacji. Postać Hodgea Starkweathera, granego przez Jareda Harrisa (Prof. Moriarty w filmie Sherlock Holmes: Gra cieni) jest zupełnie bez wyrazu, a zachowanie pod koniec zupełnie niejasne, niewytłumaczone, niezrozumiałe. Do tego za nic nie ogarniam, jakim cudem nikt nie zauważył, że ktoś został porwany z szeregowego domu, w środku dnia, po którym to porwaniu doszło do lokalnego wybuchu gazu, a następnie do dewastacji drzwi wejściowych.

Żeby nie było, że tylko narzekam, podobała mi się scena w ogrodzie/oranżerii. Też 'zapomniałbym' o spryskiwaczach. W sumie spodobała mi się całość wątków romantycznych w tym filmie.

Jeśli chodzi o postacie są dość wyraźnie i sensownie, w tak krótkim czasie, przedstawione. Oczywiście poza Hodgem, którego nie mam pojęcia co pcha do działania. W zasadzie trójka bohaterów, którzy wysuwają się na pierwszy plan, czyli Clary, Jace i Simon przypadli mi do gustu.

O muzyce nic napisać nie potrafię, ponieważ mi umknęła. Mogę jednak bezpiecznie stwierdzić, że nie powaliła mnie na kolana. Zapamiętałbym.

Dary anioła: Miasto kości jest częścią cyklu, można się więc spodziewać kolejnych części. Czy poszedłbym na nie? Dla bohaterów, tak. Zobaczyć, jak akcja się rozwinie, tak. Mam tylko nadzieję, że napisanie scenariusza powierzą komuś innemu.

 

Marek 'Days' Wilkowski