Przeszła teraźniejszość - Blue Jasmine

Woody Allen 'Blue Jasmine'
Woody Allen 'Blue Jasmine'

Nie miałem zbyt wygórowanych oczekiwań co do tego filmu. Mało tego, nie byłem nawet do końca przekonany, do której kategorii ten obraz zaliczyć. Gdzieś mignęło mi, że to komedia, gdzie indziej, że dramat, komediodramat, i inne kombinacje. Ktoś powie, że przecież komedia i dramat to w sumie ten sam gatunek i może być w tym trochę prawdy, ponieważ gdzie jakaś osoba płacze, inna się śmieje.

 

Jeśli ktoś miał wcześniej do czynienia z twórczością Woodego Allena, ponieważ to on jest autorem scenariusza i reżyserem Blue Jasmine, może się domyślać, że nie jest to konwencjonalny film, który do tego został przedstawiony w nietypowy sposób. Przez cały seans mamy bowiem do czynienia z retrospekcjami przeplatającymi się z filmową teraźniejszością. Z początku było to dla mnie nieco zaskakujące i uciążliwe, ponieważ jestem przyzwyczajony do łopatologicznego 'pół roku wcześniej', 'pięć lat później', czy 'teraz'. Ponieważ jednak wydarzenia przeszłe i obecne zazębiają się i wynikają jedne z drugich, całość jest łatwa do ogarnięcia odbioru.

O czym więc jest ten film? Fabularnie jest to historia kobiety, Jasmine (w tej roli rewelacyjna Cate Blanchett), która nagle traci wszystko, gdy wychodzi na jaw, że jej mąż, wzięty finansista i filantrop, który ma niebywały dryg do interesów, okazuje się oszustem. Całe jej dotychczasowe życie w przepychu znika, a kobieta zostaje zmuszona do zamieszkania ze swoją siostrą i jej dwójką dzieci na drugim krańcu kraju. Jasmine nie poddaje się i mimo przeciwności podejmuje pracę jako recepcjonistka w salonie dentystycznym, aby opłacić kurs komputerowy, dzięki któremu będzie mogła internetowo wykształcić się na dekoratorkę wnętrz. Ma jasno określony cel, do którego dąży konsekwentnie. Nie pomagają jej przy tym stare nawyki i przyzwyczajenia, ani tym bardziej ataki paniki. Mimo wszystko jakoś udaje jej się odnaleźć w nowej rzeczywistości, a nawet wyjść powoli na prostą. Nie ma tu jednak happy endu jakiego można było się spodziewać. Powiem więcej. Nawet się na niego nie zanosiło.

O czym dla mnie jest ten film? O pogoni za utraconym życiem, za utraconymi marzeniami, będąca jednocześnie ucieczką przed przeszłością, za którą nie chce się wziąć odpowiedzialności. O wyrzucaniu błędów wszystkim w około, nie widząc przy tym popełnianych przez siebie, co gorsza takich samych, które rażą w innych. Wniosek nasuwa się jeden. Nie da się zbudować nowej przyszłości, jeśli nie rozliczy się z przeszłością i próbuje ją ukryć, ponieważ ona zawsze znajdzie sposób, żeby wyjść na jaw i kopnąć w pośladek.

Czy dla kogoś innego ten film będzie o tym samym? Nie wiem. Myślę, że zależy to od nastawienia, z jakim wchodzi się na seans. Mi w oczy rzuciły się te elementy, ktoś inny może zauważyć, cóż, coś innego. W końcu to obraz wielopłaszczyznowy.

Istnieje spora szansa, że o czymś nie wspomniałem, ale to nic. Polecam przekonać się na własnej skórze o czym jest ten obraz. Warto. Nie tylko dlatego, że to po prostu bardzo dobry film.

 

Marek 'Days' Wilkowski