'It's the animal thing' - Riddick

Plakat promujący film 'Riddick'

Bywa tak, że gdy długo na coś czekamy, odczuwamy zawód,kiedy wreszcie udaje nam się to dostać, ponieważ oczekiwaliśmy czegoś innego, czegoś 'bardziej'. Na kontynuację opowieści o najbardziej poszukiwanym człowieku Wszechświata czekałem odkąd jeszcze byłem na studiach dziennych. Napływające z różnych stron wieści nie napawały mnie optymizmem. Aż w końcu kolejna część przygód Riddicka stała się faktem. Kiedy więc pojawiły się sprzyjające okoliczności, poszedłem do kina. Czy się zawiodłem? Wręcz przeciwnie.

 

Chcę jednak zaznaczyć, że nie miałem szczególnie wygórowanych wymagań co do tego filmu. Miałem tylko nadzieję na poskładany scenariusz i dobrze opowiedzianą historię. Właściwie, jeśli mam być szczery, wystarczyłby mi Vin Diesel ożywiający po raz kolejny postać Riddicka i Katee Sackhoff, pojawiająca się na ekranie. Dostałem to wszystko i trochę więcej.

Kim jest Riddick? Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać tej postaci, przybliżę ją trochę. Richard B. Riddick jest antybohaterem.

Czym jest w takim razie Riddick? Jest opowieścią o człowieku, który niszczy wszystko, co mu stanie na drodze. Nie robi tego jednak dla przyjemności. Po prostu dwie drogi krzyżują się i pojawia się wybór, albo miniesz się z Riddickiem i każdy pójdzie w swoją stronę, może zamienicie kilka zdań, ale ostatecznie rozejdziecie się, albo spróbujesz go powstrzymać. Wtedy zostajesz zniszczony. Możesz być jednak pewny, że Riddick da ci wybór.

Ci, którzy oglądali poprzednią część, mogą pamiętać, że Riddick został Lordem Marshalem, przywódcą Necromangerów. Jak więc wylądował na planecie, gdzie niemal wszystko chciało go zabić? Nie wyjawię zbyt wiele, pisząc, że zdziadział trochę i stał się ofiarą własnego sukcesu. Kiedy chciał się wypisać, Vaako pomógł mu w tym. Trochę bardziej niż Riddick oczekiwał.

W filmie jest mnóstwo analogii do pierwszej części. Mało tego, obie opowieści są ze sobą powiązane. Wiele scen ma podobny charakter, tak samo jak prowadzenie akcji. Scenariusz jest dość prosty, ale przy tym dojrzały. Nie ma bowiem zbędnego koloryzowania, uładniania i łagodzenia ekranowych wydarzeń. Mamy więc zabójczą planetę, grupę ludzi, którzy mają kłopoty z jej opuszczeniem, uciekający czas i Riddicka, który ponownie nie jest największym problemem. Z powodzeniem może zarzucić filmowi wtórność i odgrzewanie kotleta. Ja jednak tego nie zrobię. Po pierwsze dlatego, że znane elementy został zręcznie wykorzystane. Po drugie, ponieważ w taki czy inny sposób, wszystko zostało już w filmach pokazane, a użycie znanych elementów nie jest niczym nowym, ani tym bardziej złym.

Nie byłoby historii o Riddicku bez mnóstwa krwi i spektakularnych śmierci. Pod tym względem obraz nie zawodzi. Nagłe zejścia są brutalne, ale też taki jest świat, w którym przyszło żyć Riddickowi. Wspomniana krew nie wylewa się litrami i nie tryska z każdego zadrapania, jest bardziej dodatkiem niż daniem głównym. W filmie wykorzystano oczywiście efekty specjalne, które nie wysuwają się jednak na pierwszy plan, a są jedynie elementem większej całości. Do tego dochodzi muzyka, świetnie wpisująca się w obraz, dopełniając całości.

Na koniec, ponownie, refleksja od autora. Czym dla mnie jest Riddick? Opowieścią o człowieku, który nigdy się nie poddaje, bierze od życia to, co dostaje, a gdy ktoś próbuje mu przeszkodzić, daje wybór.

Jeszcze jedna rzecz przychodzi mi do głowy, przemawiająca na korzyść Riddicka. Nie był w 3D.

 

Marek 'Days' Wilkowski