Game over - Gra Endera

Plakat filmu 'Gra Endera'
Plakat filmu 'Gra Endera'

Ekranizacje książek zawsze mają ten sam problem. Rzadko dorównują pierwowzorowi, a każdy kto przeczytał dzieło pisane ma mnóstwo zastrzeżeń do obrazu. Zazwyczaj w kwestii fabuły, bohaterów, czy pominiętych wątków. W przypadku Gry Endera rzecz była jeszcze trudniejsza, ponieważ wśród czytelników dzieło Orsona Scotta Carda ma rangę kultowego, a złożoność przedstawionych zdarzeń, postaci i poruszanych problemów to nie lada wyzwanie dla scenarzysty i reżysera. Mogę mówić tylko za siebie, ale moim zdaniem Gra Endera w reżyserii Gavina Hooda wybrania się i to na wielu płaszczyznach.

 

Może wyjaśnię kto to w ogóle jest Andrew Ender Wiggin. Chłopiec jest synem emigrantów z Polski (imię ojca nie bez kozery przetłumaczono jako Janek, zamiast zwyczajowego Johna). Jest najmłodszym, a za razem trzecim dzieckiem Teresy i Jana. Stawia go to w dość niekorzystnej sytuacji, ponieważ w świecie wykreowanym przez Orsona Scotta Carda rzadkością jest, by małżeństwo miało więcej niż dwójkę dzieci, o czym wspomniane jest w filmie. Jednakże Ender jest osobą szczególną. Urodził się w jednym celu, tak samo z resztą jak każde inne dziecko tego czasu. Ma poprowadzić ludzkość do zwycięstwa z rasą Formidów (owady, których wygląd i społeczność jest bardzo podobna do ziemskich stawonogów - mrówek). To samo zadanie stanęło przed jego starszym rodzeństwem, bratem Peterem i siostrą Valentine, którzy z różnych względów nie nadawali się na dowódcę floty ziemskiej. Ender jest więc urodzonym strategiem, którego życie zostało uwarunkowane w chwili poczęcia, a jego przeznaczeniem, czy tego chciał, czy nie, było zostać bohaterem, dowódcą pokroju Mazera Rackhama, który uratował świat podczas pierwszego starcia z Formidami pięćdziesiąt lat wcześniej.

Film Gavina Hooda skupia się w okół głównego bohatera, czyli Endera. Może to zabrzmieć trywialnie, jednak w perspektywie książki przestaje być takie proste. Widzowie mogą więc obserwować drogę przez Szkołę Bojową, w której zaczął jak każdy starter. W trakcie szkolenia awansował na dowódcę jednej z drużyn. Kolejnym etapem była Szkoła Dowodzenia, gdzie jego umiejętności dowodzenia i zmysł strategiczny były bez przerwy poddawane ciężkim próbom, aż po ostateczny egzamin, który miał zaważyć o jego losach jako dowódcy floty. Przy okazji widz poznaje osoby, które pomogły Enderowi rozwinąć swoje talenty, Groszka, Petrę, sierżanta Dapa, czy Bonzo Madrida (świetna rola Moisesa Ariasa). Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest interaktywna gra, która tworzy swoją historię i świat w połączeniu z psychiką gracza.

Szperając po forach zauważyłem, że ludzie zarzucają fabule infantylność. No bo kto to widział, żeby dzieci walczyły z kosmitami. Należy jednak pamiętać, że te dzieci nie miały zwykłej młodości. Od samego początku były szkolone, aby sprostać wyzwaniom, jakie rzucała Szkoła Bojowa, a później Szkoła Dowodzenia. Bez przerwy żyły z świadomością zagrożenia ze strony Formidów, którzy przy pierwszym starciu niemal podbili Ziemię. Ich przeznaczenie było jasne.

Dlaczego jednak dzieci? Ponieważ dorośli są zbyt ograniczeni przez wszystko, czego się nauczyli, co narzuciło im schematy myślowe, utrudniając podejmowanie ryzykownych i z pozoru niezwykłych decyzji. Umysł dziecka jest po prostu świeży.

Pomimo wielu uproszczeń i pominięcia pewnych kwestii, fabularnie film wybrania się. Reżyser zachował charakter i przewodnią myśl książki.

Warto więc wspomnieć co nieco o pierwowzorze, ponieważ film pomija wiele wątków złożonego świata, w którym przyszło żyć Enderowi i pozostałym dzieciom, szkolonym na dowódców. Nie tłumaczy jakich napędów używają statki kosmiczne, ani jak floty komunikują się z centrum dowodzenia. Tylko raz wspomniany jest ansibl, który służy właśnie do przekazywania rozkazów w czasie rzeczywistym, niezależnie od odległości między przekaźnikami. Mocno pominięty jest także wątek Petera i Valentine, którzy działali na Ziemi, gdy Ender doskonalił swoje umiejętności szkoląc się na dowódcę. W pewnym momencie wspomniany jest niejaki Hegemon. Nie wiadomo jednak kim kto to jest, ani jaka jest jego rola. Wiadomo jedynie, że ma wielką władzę. Uproszczono także czas w Szkole Bojowej. W zaledwie kilkunastu minutach zawarto bardzo długi okres, w którym Ender jako dowódca Smoków prowadził swoją drużynę, jednocześnie był poddawany coraz trudniejszym wyzwaniom, które miały tylko jeden cel, wydobyć z niego wszystko to, co mogło mu się przydać podczas walki z Formidami, oraz uczynić z niego lepszego dowódcę.

Jeśli chodzi o stronę wizualną nie mam żadnych zastrzeżeń. Oprawa jest niesamowita, a wszystko bez bardzo popularnego w tego typu produkcjach 3D. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie symulacje kosmicznych potyczek podczas nauki w Szkole Dowodzenia, a ostatnia bitwa to po prostu majstersztyk. W swoim czasie widziałem sporo rojów, zarówno w filmach (np. Żołnierze Kosmosu), czy grach komputerowych (np. kolejne odsłony Star Craft), jednak widowisko jakie zaserwowali spece od efektów specjalnych wbiło mnie w fotel kinowy. Do całości należy dodać rewelacyjną oprawę dźwiękową. Muzyka trzyma klimat filmu i wydarzeń na ekranie, potęgując wrażenia. Na uznanie zasługuje także obsada. Ciężko zrobić dobry film, w którym główne role grają dzieci, jednakże zarówno aktorzy, jak też reżyser wyszli z tej próby obronną ręką.

Gavin Hood miał przed sobą bardzo trudne zadanie. Musiał przedstawić szalenie rozbudowaną i wielowarstwową rzeczywistość wykreowaną w książce, w filmie, który trwa niecałe dwie godziny. Początkowo wydawało mi się, że to za mało. Po obejrzeniu muszę stwierdzić, że myliłem się. Film pokazuje, że efekty specjalne, choć świetne, mogą być tylko tłem dla fabuły, która na pierwszy rzut oka może wydawać się infantylna i głupia, ma swoją głębię i coś do powiedzenia. Oczywistym jest moja stronniczość co do tej pozycji. Książkę czytałem w podstawówce i wywarła na mnie ogromne wrażenie, a film po prostu spełnił moje oczekiwania. Jeśli szukasz prostej historii, pokazanej w efekciarski sposób, zawiedziesz się. Jeśli oczekujesz stuprocentowej zgodności z książką, twoje oczekiwania zostaną niespełnione. Ja się nie zawiodłem.

 

Marek 'Days' Wilkowski