Rewolucja? - Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia

Plakat filmu 'Igrzyska śmierci: W pierścieniu Ognia'
Plakat filmu 'W pierścieniu ognia'

Film ma dość proste zadanie. Powinien tworzyć odrębną całość, mieć jasno określony cel, przedstawić świat w przejrzysty sposób, aby widz mógł zrozumieć co pcha bohaterów do działania i czemu pewne rzeczy są jakie są. Także sami bohaterowie powinni zostać pokazani jako bardziej lub mniej ludzcy, działający w bardziej lub mniej logiczny sposób, zależnie od intencji reżysera. Ważne, żeby byli 'jacyś'. Problemem filmów, które w założeniu są częścią serii jest to, że kolejna odsłona musi, a przynajmniej powinna, tworzyć taką odrębną całość, ale nie zawsze się to udaje. Szczególnie, gdy opowiadana historia jest dość skomplikowana, bohaterowie wielopłaszczyznowi, a świat w którym przyszło im żyć ciężko pokazać 'mimochodem'. W każdym razie ja tak to widzę.

 

Taki właśnie problem mają Igrzyska śmierci. Po obejrzeniu pierwszej części, moja reakcja była prosta. Słaba. Tak, jest tam ciekawa historia. Oczywiście, bohaterowie mają twardy orzech do zgryzienia. Zgadzam się, świat jest intrygujący i skłania do refleksji. Cały czas czegoś mi jednak brakowało. Jakby połowa rzeczy była niedopowiedziana, szczegóły świata gdzieś umknęły, a niektórzy bohaterowie istnieli w oderwaniu od całości. Ten obraz uległ zmianie, gdy obejrzałem W pierścieniu ognia. Nagle pewne rzeczy zobaczyłem w innym świetle, a elementy układanki zaczęły wpadać na właściwe miejsce. Bohaterowie przeszli pewną metamorfozę, stając się mniej płascy. W pierwszej części postać Haymitcha, granego przez Woodego Harlesona, choć w pewien sposób ciekawa, irytowała mnie. Po obejrzeniu drugiej, stwierdzam, że pan Haymitch jest ciekawszy i mniej irytujący. W moim odczuciu historia stała się mniej infantylna.

Może jednak kilka słów o czym są Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia. W tej części poznajemy dalsze losy Katniss Everdeen i Peety Mellark, którzy rok wcześniej jako trybuci swojego dystryktu wzięli udział w brutalnej rozrywce, jaką fundują sobie mieszkańcy Kapitolu, tłumacząc to karą, za bunt, który miał miejsce w przeszłości. Na przekór nadzorcom rozgrywki, a także prezydentowi Kapitolu, obydwoje przeżyli i razem zostali zwycięzcami. Problemy miały jednak dopiero nadejść.

Jak to w każdym totalitarnym społeczeństwie, gdy ktoś sprzeciwia się władzy i uchodzi mu to na sucho (nie będę wdawał się w szczegóły, gdyby ktoś jeszcze nie oglądał pierwszej części, choć i tak mocno przyspojlerowałem) inni mogą pomyśleć, że mogą zrobić to samo. Tego zaś władza nie lubi. Nie można jednak uczynić z kogoś męczennika, odniosłoby to bowiem przeciwny efekt do zamierzonego. Do celu wiedzie jednak kilka dróg, a symbol pozostaje nim, tak długo, jak ktoś się z nim utożsamia. W związku z tym, prezydent Snow postanowił, z okazji potrójnego dwudziestopięciolecia Igrzysk, wprowadzić pewną zmianę. Zamiast losować z każdego dystryktu po jednej dziewczynie i chłopaku, wybrać spośród wcześniejszych zwycięzców. W ten sposób Katniss i Peeta ponownie musieli stanąć w szranki. Tym razem jednak z pełną świadomością, że każdy będzie chciał ich zabić. Nie tylko dlatego, że o to w Igrzyskach chodzi.

Od strony wizualnej film prezentuje się bardzo dobrze. Efekty specjalne nie sprawiają wrażenia sztucznych, a film na szczęście nie jest wykonany w technologii 3D. Podoba mi się także pewien zabieg. Wszystkie zdjęcia z dystryktów są nieco matowe, przyszarzałe. Z kolei te z Kapitolu kipią kolorami, które są niemal jaskrawe i rażą w oczy. Strona wizualna nie dominuje jednak całości i jest dobrze wykonanym tłem dla historii, która zaczęła mi się podobać.

Na koniec pozostaje tylko jedna rzecz, poczekać na Kosogłosa. Ja na pewno będę czekał z większą niecierpliwością niż na W pierścieniu ognia.

 

Marek 'Days' Wilkowski