Sala samobójców

Plakat filmu 'Sala samobójców'
Źródło WP.pl

Ostatnimi czasy, a przynajmniej z mojej perspektywy tak to wyglądało, polska kinematografia zasypywała nas taśmowo produkowanymi komediami bardziej lub mniej romantycznymi. Dlatego też z pewną dozą optymizmu podszedłem do Sali samobójców. Nie trwało to jednak zbyt długo.

 

Film wyreżyserowany przez Jana Komasę opowiada historię wkraczającego w dorosłość Dominika i jego rodziny. Chłopak jest popularny, lubiany w szkole. Na lekcje, treningi judo, do domu dowozi go wynajęty szofer. Pieniędzy mu nie brakuje, ma wysoko sytuowanych i bogatych rodziców. Wygląda to na sielankowy obraz, który jak to w filmach bywa w końcu rozpada się jak domek z kart. Rodzice są zbyt zajęci własnymi karierami, udawaniem i pchaniem syna w kierunku dorosłości. W między czasie Dominik z osoby popularnej staje się osobą wyśmiewaną. Reaguje zamykając się najpierw w sobie, a później w pokoju z komputerem, gdzie natrafia na tytułową 'Salę samobójców', będącą chatroomem, w którym spotykają się ludzie o podobnych zainteresowaniach. W tym przypadku nazwa mówi sama za siebie. Rozmawiają o śmierci, samobójstwach, samookaleczeniach; jakie to życie jest straszne, złe i do niczego, jak bardzo są nierozumiani przez otoczenie i jak bardzo ludzie z otoczenia się boją, choć w sumie nie wiadomo czego. Królową miejsca jest Sylwia. To właśnie ona przywiodła tam przybitego życiem Dominika, i to z nią chłopak rozmawiał całymi dniami, nie ruszając się z pokoju.

Część filmu została wykreowana przez komputer. Sceny, które miały miejsce w wirtualnym świecie 'Sali samobójców' przedstawiono w formie grafiki komputerowej, która miała pokazywać rzeczywistość widzianą oczami użytkowników. Taki trochę ich wyidealizowany obraz świata i siebie. Według zaczerpniętych w sieci informacji, tworzenie tej części filmu zajęło trzy lata.

Scenariusz jest przewidywalny do bólu. Cały obraz skonstruowano w przedziwny dla mnie sposób. Niektóre sceny biorą się znikąd i nie wiadomo po co są. Szczególne uznanie w tej kwestii dla momentu pod wodą w wirtualnej, nie - wirtualnej rzeczywistości. Także przejścia między scenami momentami sprawiają wrażenie zrobionych na siłę. Muzyka gdzieś tam jest, ale w ogóle mnie nie przekonała. W zasadzie w ogóle jej nie pamiętam. Główny bohater jest całkowicie nijaki. Ładny i bezpłciowy. Wiadomo o nim tyle, że nie lubi techno i gra w jakieś FPS na konsoli. Podobnie sprawa ma się Sylwią. O niej dowiadujemy się tylko tyle, że ma dość życia. Nieco bardziej wyraźni są rodzice Dominika, którzy mają jasno określone cele i dążą do nich niezależnie od tego, co się dzieje wokół.

Jeśli chodzi o grę aktorską, młodzi położyli ją całkowicie. Wcielający się w Dominika, Jakub Gierszał chwilami wypadał całkiem dobrze. Szczególnie spodobała mi się jedna z końcowych scen w toalecie jakiegoś klubu, kiedy spotkał całującą się parę. Jednakże gdy miał zagrać rozpacz, gniew, cierpienie, strasznie mu nie wychodziło. Mam wrażenie, że został zaangażowany do filmu, bo ładnie wygląda i dlatego pasował do roli. Starsi aktorzy poradzili sobie lepiej, ale w tym przypadku to młodzi byli na pierwszym planie.

Mniej więcej w połowie chciałem wyjść z kina. Zostałem jednak, pełen nadziei, że coś się stanie. Owszem stało, ale to czego się spodziewałem od początku. Czyli szału nie było.

Podobno obok tego filmu nie można przejść obojętnie. Podobno albo się go kocha, albo nienawidzi. Dla mnie jest nijaki. Niby chce coś przekazać, wie nawet co, ale średnio mu to wychodzi. Oczywiście są ludzie, którzy coś w tym obrazie znajdą, może nawet wkręcą się w samookaleczenie i zabawę w samobójców. Rodzice mogą się przestraszyć. Może niektórzy dostaną kopa, żeby coś zrobić ze sobą. Mnie nie przekonał do niczego.

Polecam tylko wtedy, jeśli nie masz co zrobić z dwoma wolnymi godzinami. Albo uważasz, że życie jest do niczego. Wtedy niewiele tracisz.

 

Marek 'Days' Wilkowski