Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach

Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach, źródło: FilmWeb.pl
Źródło: FilmWeb.pl

Od kilku dni  na ekranach polskich kin ponownie możemy zobaczyć dobrze nam znanego i lubianego przez sporą część widzów pirata. Kapitan Jack Sparrow, o nim bowiem mowa, wyruszył na kolejną wyprawę. Tym razem poszukuje fontanny wiecznej młodości, która ma mu dać upragnioną nieśmiertelność. Po drodze, ponownie, spotyka urodziwą kobietę ze swojej przeszłości; ponownie, staje przed nim Hektor Barbossa; ponownie, ma do czynienia z kapitanem dzierżącym nadnaturalne moce; ponownie, na koniec ze wszystkiego jakoś udaje mu się wyłgać.

 

Rzecz w tym, że takich 'ponownie' jest mnóstwo w całym filmie. Wygląda to trochę tak, jakby scenarzyści pozbierali elementy, które sprawdziły się w poprzednich odsłonach i postanowili umieścić je także w tej części. Czyli świeżości nie za wiele.
Scenariusz jest bardzo przewidywalny, ale nie mamy do czynienia z thrillerem, czy kryminałem, więc nie jest to wielkim mankamentem. Znalazło się w nim jednak kilka dziwnych i nie do końca jasnych elementów. Największym, jak dla mnie przynajmniej, jest postać kaznodziei. Nie mam pojęcia kim był, czemu tak długo pozostał przy życiu i w ogóle jaka była jego rola w tym wszystkim. Całość scenariusza mimo drobnych wpadek dość dobrze trzyma się razem i nie razi wielkimi niedorzecznościami, szczególnie, że cała seria ma swój szczególny klimat i charakter, przez co sporo rzeczy może jej ujść na sucho.
Aktorzy stanęli na wysokości zadania. Choć nie ma w tym nic dziwnego. Mam jednak pewne zastrzeżenia do Penelope Cruz. Wynikają one jednak z tego, że po prostu jako kobieta niezbyt mi się podoba. Świetnie pasowała do roli, świetnie zagrała, jest naprawdę dobrą aktorką. Po prostu coś w jej wyglądzie mi nie pasuje.
Muzyka, ponownie skomponowana przez Hansa Zimmera trzyma klimat i poziom, świetnie wpasowując się w akcję.
Największe zastrzeżenia mam jednak do efektu 3D. Może jestem ślepy, choć na wcześniejszych filmach wszystko świetnie widziałem, ale z 'Piratów...' zapamiętałem dosłownie jedną scenę, w której efekt trójwymiarowości był wyraźnie widoczny. Chyba przy okazji latarni i polowania na syreny.
Początkowo byłem niezbyt zadowolony z obejrzenia, jednakże w miarę oswajania się z tym, co zobaczyłem, kapitan Jack Sparrow ponownie przekonał mnie do siebie. Jeśli będzie kolejna część, na co może sugerować zakończenie, oddam mu swoje dublony.

 

Marek 'Days' Wilkowski