ANDRZEJ STASIUK – Nie ma ekspresów przy żółtych drogach

Stasiuk„Piszę o życiu, czujnie i z szacunkiem zerkając w stronę śmierci. Gdyby nie ona, milczałbym i zajął się pomnażaniem rzeczy i zdarzeń, zamiast pomnażaniem opowieści”. Mam wrażenie, że właśnie ten fragment jednego z tekstów wchodzących w skład Nie ma ekspresów ... może najcelniej definiować aktualne pisarskie oblicze i literacką narrację Andrzeja Stasiuka. Czy przypadkowo czy intencjonalnie? Mało ważne.

 

*

Recenzentka Polityki biorąc na tapetę nową książkę autora Dziewięć, tytułuje ją Pochwała badziewia i w swym tekście próbuje udowodnić ją m.in. zachwytem autora „tandetnymi” domkami jednorodzinnymi na amerykańskiej prowincji. Ja bym się na coś takiego nie poważył. Tandetę Stasiuk prędzej chyba odnajduje w warszawskim „siti” albo nadmorskich kurortach (vide ekspresowy tekst Lewiatan z ojczyzny). Tandetą to handlowali Władek i Paweł w Taksim. Ale nie chcę tu nijak polemizować, czy udowadniać wyższość własnej percepcji książki nad diagnozy red. Sobolewskiej. Po prostu: Nie ma ekspresów ... migota mi zdecydowanie innymi refleksami, najsłabiej badziewiem i rozpadem. Jakimi? Śmiercią na przykład. Tematyką śmierci, odchodzenia, opuszczenia, znikania, braku, końca – generalnie wszystkiego co związane z ostatecznością. Ale nie jest tak, że cała ta książka okryta jest jej płaszczem. Są inne pulsacje. Fizycznie chyba odczuwalne przez autora łaknienie podróżowania (Ciągnie). Sugestywne odjazdy we własną młodość i wątki rodzinne (Moje słowa są przesiąknięte tym wszystkim, co było. Przeszłość i doświadczenie nadają im sens). Socjologiczno-filozoficzne spojrzenia na rzeczywistość, także polską, również religijno-polityczną (tekst Wykopywanie plus dwa teksty dedykowane księżom: Bonieckiemu i Lemańskiemu). Stasiuk nie unika komentowania jej, nie używa jednak do tego argumentów ad personam ani publicystycznej maczugi. Dużo jest tekstów „ze świata”, mających za oś przewodnią podróże odbyte przez autora. Autora, pamiętajmy, lokującego siebie i swoją literaturę na Wschód od Zachodu. Są też podejmujące tematykę wypatrzeń komunizmu albo hekatombę Holocaustu. Jest jeden poświęcony Hercie Müller, mogący stanowić bardzo dobre wprowadzenie dla kogoś, kto ma zamiar mierzyć się z jej ciemnymi i dusznymi prozami. Warto zwrócić baczną uwagę na Z daleka, cytowany tutaj na początku. Dla kogoś nieobeznanego z twórczością pisarza, szczególnie tą późniejszą, może on być świetnym drogowskazem. Jest kilka tekstów udowadniających, że Beskid Niski i Wołowiec to stasiukowe Macondo (choć na nieboskłonie raczej dostrzega zachody słońca i myszołowy, niż latające dywany). Jest tych tekstów ogółem 48. Bo Nie ma ekspresów to ubrany w formę książkową zbiór tekstów autora Jadąc do Babadag publikowanych w mediach. Krótkie, eseistyczno-felietonistyczne formy. Coś jak Fado. 170 stron tekstu, czytania na jakieś cztery godziny. Wciąga równie mocno, co autora ciągnie na wschód.

Czekamy na Wschód.

**

Jako że Wybiórcza ostatnio na muzycznej narracji jest fundowana, wątek soniczny Nie ma ekspresów ... na koniec. Jeden z tekstów nosi tytuł Rokendrol. Fragment: My tu, na Wschodzie, jesteśmy naiwni, prostoduszni i łatwowierni. Przychodzą do nas idee i wierzymy w nie jak w prawdę. Wierzyliśmy w komunizm i szliśmy za niego do więzień. Potem wierzyliśmy w antykomunizm i w jego imię dawaliśmy się więzić setkami i tysiącami. Ja dałem się zamknąć za muzykę rockową i lubię wracać myślami do tamtych dni. Gdy czuję się zmęczony i w miejsce wyobraźni zjawia się rozsądek, po prostu dodaje mi to sił.

***

Literatura i muzyka rockowa mnie wykoleiły. – czytamy w Rokendrolu.

Chwała im za to, panie Andrzeju.

(SŁ)