"Mamy jedno życie i setki zespołów do odkrycia."

Rozmowa z Arkiem Lerchem – znanym dziennikarzem muzycznym, perkusistą, pasjonatem muzyki.

 

Dziękuję Arek, że zgodziłeś się i znalazłeś czas na rozmowę z czymś takim jak wybiórcza. Dwa zdania tytułem wstępu: uwierz, nie chcę uprawiać lizusostwa, ty też pewnie raczej będziesz prychał na jakieś wielkie egzaltacje pod swym adresem, ale jeden raz i na początku postawmy sprawę jasno: fakty są takie, że obok Jarka Szubrychta, Łukasza Dunaja i Bartosza Donarskiego jesteś w grupie najlepszych polskich dziennikarzy eksplorujących scenę – ogólnie przyjmijmy – metalową. Nie będę cię pytał jakie były początki, kiedy cię wzięło na taką muzykę, jakie płyty, etc. Interesuje mnie bardziej czy miałeś jakieś swoje własne wzorce wśród dziennikarzy muzycznych, jeśli tak – jakie i kogo?
Zasadniczo – nie. Odkąd pamiętam, dużo czytałem, nie tylko prasy muzycznej. Ogólnie pisanie było dość naturalnym procesem w moim przypadku. Bakcyla połknąłem na lekcjach języka polskiego w szkole podstawowej. I choć moje drogi były dość kręte, nigdy nie pozbyłem się miłości do języka. A jeśli połączyć taką przypadłość z beznadziejnym wręcz uwielbieniem do wszelkiej maści hałasu – droga do dziennikarstwa muzycznego jest już bardzo krótka. Nigdy nie miałem jakiegoś dziennikarskiego idola, raczej starałem się pisać po swojemu, z lepszym czy gorszym skutkiem. Wymienieni przez ciebie żurnaliści to mistrzowie słowa i chylę przed nimi czoła, jeśli zaś miałbym wskazać na jakieś nie tyle inspiracje ile wyraziste, dziennikarskie pióro – polecam ekipę, która współtworzyła jakiś czas temu magazyn Bad Taste. To ideał. Złośliwości, chamstwa i arogancji, połączony z dużą wiedzą muzyczną i piórem wręcz fantastycznie lekkim.

Fascynacja muzyką szła u ciebie od razu w parze z jakąś wewnętrzną potrzebą jej opisywania i recenzowania, dodatkowego odkrywania jako dziennikarz – czy to pojawiło się dopiero po jakimś czasie, gdy już wsiąkłeś całkiem w muzykę, kapele, scenę?
Trudno jakoś to umiejscowić w czasie, ale ok. – najpierw było słuchanie, odkrywanie muzyki, potem granie na instrumencie a potem pisanie. Wewnętrzna potrzeba chyba jest, zresztą, zważywszy, że w tym pięknym kraju zarabianie jakichś poważnych pieniędzy jako dziennikarz muzyczny jest w zasadzie niemożliwe, pozostaje fascynacja. I żeby było jasne – nie narzekam, jeno komentuję.

Pamiętasz swój pierwszy tekst, który ukazał się w oficjalnym medium? Co to było i gdzie?
Pierwszy, półoficjalny tekst dotyczył Nicka Cave, gdzieś na początku lat 90 – tych, pojawił się on w jakimś lokalnym periodyku, zaś oficjalnie zadebiutowałem parę lat później recenzją Regulator Watts „The Aesthetics of No – Drag” na łamach magazynu XL.

Niepodobna wymieniać przez ile składów przeróżnych się przewinąłeś, m.in. totalny Coalition. Musiał ten band paść na pysk? Żyjemy w czasach reaktywacji i reanimacji przeróżnych – począwszy od Lux Occulta przez Carcass po Black Sabbath. Kompilacja Archiwum to był złoty strzał, czy jest szansa, by Coalition wstał i ożył?
Odpowiedź krótka. Czy musiał paść? Widocznie musiał, skoro padł. Czy jest szansa na reunion? Nie wiem, chyba nie. W każdym razie na pewno nie ze mną w składzie. Miło, że zespół ten darzony jest taką estymą, miło, że Spook wydał winylowe Archiwum. Dla mnie to przeszłość, kawałek historii. Patrzę raczej w przyszłość.

A propos Black Sabbath: czekasz jakoś z zainteresowaniem na tą ich nową płytę czy ci to loto? Nie masz wrażenia – ja mam, i to ostre – że jest to jeden z ordynarniejszych muzycznych skoków na kasę oraz zwykłe dymanie fanów i własnej legendy przy okazji?
Nie należę do osób, które flirt z hałasem zaczynały od Sabbath, dlatego, co może kogoś tu i ówdzie zaszokować, nigdy nie miałem specjalnego skoku adrenaliny jeśli chodzi o ten zespół. Owszem, z merytorycznego punktu widzenia znam, doceniam, widzę, jaki wpływ ten zespół ma na całą scenę sludge/stoner/death metalową itp., jednak nie zamierzam budować im ołtarza. Co do skoku na kasę, cóż, na tym poziomie muzyka schodzi na dalszy plan, liczą się prawnicy i księgowi. Takie życie, może z racji swojego wieku i tego, że sporo jednak widziałem, słyszałem, jakoś mnie to nie dziwi. Mamy jedno życie i setki zespołów do odkrycia. Po cholerę ciągle wałkować dziadków? Ok., niech grają. Osobiście wolę Stonesów…

I też w sumie w nawiązaniu do powyższego, jak oceniasz to, co ostatnio dzieje się w Slayer? Odsunięcie Lombardo, pranie finansowych brudów w mediach, konsultacje przez prawników między poszczególnym muzykami, ubrane w ładne formułki wzajemne połajanki i lekkie kalumnie ... smutne to. Slayer, w klasycznym składzie, kona?
W sumie podobnie do Sabbath, jeśli chodzi o drugą część, czyli sprawy biznesowe. Slayera lubię, kilka albumów wręcz bardzo sobie cenię, jednak jeśli chodzi o te wszystkie jazdy… Cóż ja, maluczki mogę powiedzieć? W zasadzie Lombardo zawsze odstawał od reszty. Miał już swoje wielkie odejścia i powroty. Może za jakiś czas wróci, kto wie? Szkoda, że na jego miejsce nie wskoczy Paul Bostaph, bo bardzo lubię „God Hates Us All”, to szczytowe dokonanie z jego udziałem. Bostapha, oczywiście, nie stwórcy… Takie akcje, jakie teraz oglądamy, zawsze są słabe, co tu dużo deliberować. Choć mam swoich faworytów, jeśli chodzi o paskudne rozstania. To zespół The Haunted. Tam dopiero syfy wyciągali na światło dzienne… Trochę to smutne, kiedy wykonawcy, których z jakiegoś powodu cenisz, dają do mediów taki syf. Z drugiej strony, to właśnie uczy obiektywizmu w spojrzeniu na ikony muzyki. Bo to przecież są ludzie, którzy śmierdzą tak samo jak my…

Bębniarze, których szczególnie cenisz.
Kolejne pytanie z gatunku tych, na które można odpowiedzieć równoważnikiem zdania albo elaboratem. Może będę się powtarzał, ale napiszę to, co już niedawno miałem okazję przekazać w innym periodyku. Lubię skrajności. Z jednej strony szaleńców pokroju Flo Mouniera, z drugiej minimalistów, którzy z jednego werbla i jednej blaszki wyciągają cuda. Nie lubię tzw. objawień i nastoletnich talentów, bo od mechanicznego wyuczenia techniki bardziej cenię doświadczenie. Poza tym, takie fascynacje zmieniają się z wiekiem. W zależności, co mnie w danym momencie fascynuje, różne rzeczy mi się podobają. Kiedyś np. uważałem, że fajnie jest wykorzystywać triggery, dzisiaj twierdzę, że to maksymalna wiocha i cenię sobie bębny nagrywane za pomocą dwóch mikrofonów, bo wtedy wyraźnie słychać, co dany bębniarz ma w łapie…

Może to nieco kontrowersyjny temat będzie, ale popytam o Mystic Art Magazine. Piszesz jeszcze dla nich? Pracowałeś już w chyba w znakomitej większości drukowanych magazynów, znasz też ich profile i poziom jaki reprezentują. Jak oceniasz na tym tle Mystic? Przy dużym szacunku, ale nie sądzisz, że to jest bardziej folder reklamowy wytwórni niż opiniotwórczy magazyn, opisujący najciekawsze wydarzenia na scenie? Nie wydaje ci się Arek, że pismo red. Wardzały wiele ciekawych zespołów i ich wydawnictw po prostu ignoruje lub przemilcza dlatego, że nie ma ich pod swoimi skrzydłami, w dystrybucji albo jakimś innym dealu? Oczywiście nie kieruję tych pretensji do ciebie, ale śmieszy mnie, gdy np. jakiś ich redaktor na łamach poświęca ze dwie strony kapeli (z dajmy na to Napalm Records), i pisze jakie to fajne, jakie ciekawe, jaki materiał ma potencjał, itd. a kilka stron dalej w „Loży Szyderców” tenże materiał oceniany przez całą redakcję i współpracowników pisma, szybuje gdzieś pod koniec podsumowania z przeciętnymi ocenami „słabe”, w tym nieraz również przez redaktora, który materiał o kapeli pisał... Nie oczekuję, że będziesz kolegów i znajomych z Mystica krytykował czy recenzował, ale nie uważasz, że choćby takie stawianie sprawy jest ... komiczne?
Nie ma prostej odpowiedzi. Każdy magazyn ma swoją specyfikę, swoje plusy i minusy. Każdy pewnych wykonawców hołubi, innych pomija. Mógłbym od ręki wymienić, w jakiej gazecie jaki zespół dostanie wyższą notę, do jakiej gazety nie warto wysyłać mp3, w jakiej nie przechodzi hardcore itp. itd. I to wcale nie jest złe, bo dzięki temu każdy periodyk ma swój charakter. Wyobrażasz sobie, bezsens, że w każdej gazecie masz ten sam zestaw wykonawców? Strach. A tak, jak chcę sobie poczytać o hipsterce, progresji czy manierycznym rocku z Wysp, wybieram Teraz Rocka, a jak o podziemnym metalu to np. Musick albo 7Gates. Inna sprawa, że od paru lat nie powstało – zresztą tak jak w muzyce – nic, co by mnie walnęło na równi z np. Outsidem (wczesne lata 90 – te) albo Bad Taste (początek millenium, o ile dobrze pamiętam…). No, może jedynie Blackastrial zbliżył się do tego poziomu. Co do kwestii deal’ów czy folderów reklamowych... Na Boga, jeśli magazyn związany jest z wytwórnią płytową, dlaczego ma nie promować „swoich” wykonawców? Przecież to nielogiczne. Moim zdaniem większą hipokryzją i głupotą byłoby pomijanie takich wykonawców w imię fałszywej szczerości czy zakichanego obiektywizmu (co to jest obiektywizm???). Każda z opcji jest zła i może budzić śmiech. Nie znam gazety, która będąc związana z jakimiś wytwórniami nie promowałaby ich pupilów. Takie jest życie i bezsensowne pozostaje zżymanie się nad sprawami, które są po pierwsze oczywiste a po drugie nie do uniknięcia. Co do samego magazynu – już nie piszę, wróciłem na stare śmieci czyli do Metal Hammera, a głównie to skupiam się na rozwijaniu Violence. W Mysticu było miło, spoko ludzie, do dzisiaj zresztą w pewnym zakresie współpracuję z nimi, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że jednak lepiej będzie mi w układzie „katowickim”, he, he… Nie ma co szukać tu sensacji i kryminału. To nie Układ Zamknięty…

Gdy pracowałeś dla polskiego Metal Hammera oskarżano cię o wrzucenie w sieć „The Beast” Vadera. Zabolało, rozśmieszyło, zirytowało?
Ciekawe, w sumie nikt mnie o to jeszcze oficjalnie nie pytał… Śmieszy mnie to dzisiaj, jednak wtedy, w 2004, kiedy o 21-ej zadzwonił do mnie śp. Tomasz Dziubiński z informacją, że musi udostępnić prokuraturze moje dane osobowe na potrzeby śledztwa, wesoło mi nie było. To były jeszcze czasy, kiedy próbowano walczyć z piractwem, a Polska była na mapie owej walki dość dziewiczym gruntem. Mogę dzisiaj spekulować, że management chciał stworzyć nadwiślański precedens, może chodziło też o jakąś formę reklamy. Było śmiesznie, kiedy na stronie Vader pojawiło się oświadczenie o wrzuceniu „przez znanego dziennikarza z Warszawy, przyjaciela zespołu” płyty The Beast do sieci. Ponoć dzwonili całkiem znani żurnaliści, tłumacząc się, że to nie oni. Skończyło się strachem, a po dwóch miesiącach okazało się, że to któryś z pracowników z Metal Blade zrobił zespołowi taki numer. Jak na początku doszli do tego, że to ja, sam nie wiem, tym bardziej, że w międzyczasie okazało się, że wcale nie byłem jedynym, który otrzymał egzemplarz promocyjny. Cóż, po latach spotkałem się z Mariuszem i Peterem, wypiliśmy na zgodę i dzisiaj wracam do tego jak do wielu innych, wesołych wspomnień, choć kto wie, co by się działo, gdyby jakiś nadgorliwy debil z naszego wymiaru sprawiedliwości chciał się popisać…

Masz już na koncie masę wywiadów ze znanymi i cenionymi muzykami/zespołami. Z którym robota szła ci najciężej, który okazał się wyjątkową wywiadowczą kutwą, które wspominasz najmilej?
Ogólnie lubię wywiady, lubię spotykać ludzi. Trudno powiedzieć, który był najgorszy, bo zależy z kim gadasz, jaki masz flow, jaki humor ma druga strona i wiele innych rzeczy wpływa na wywiad. Inaczej jest jak gadam z kimś naprawdę dla mnie ważnym, inaczej jeśli jest to po prostu jakiś muzyk, niekoniecznie mi bliski. Nie będę wyszukiwał jakichś dziwactw. Najgorzej poszło z Glenem Danzigiem. Był wściekły, połączenie gorzej niż chujowe i stało się. To był jeden z moich pierwszych wywiadów po angielsku, o ile pamiętam, więc start był bombastyczny (śmiech). Niezgorszą pizdą okazał się być też Peter Dolving z The Haunted. Ale ogólnie zazwyczaj jest sympatycznie. Czasami ktoś jest wylewny, czasami mniej, o, np. całkiem niedawno, ze trzy dni temu, rozmawiałem sobie w hotelu z Ricky Warwickiem (The Almighty, New Model Army, Thin Lizzy, Black Star Riders). Można powiedzieć – legenda. Bardzo sympatycznie, czas przekroczony, można iść na  piwo…

Koncert który na zawsze pozostanie ci w pamięci, ewentualnie taki, który jakoś zdefiniował lub zredefiniował twoje postrzeganie muzyki.
Trochę tego było, muszę przyznać… Na zawsze w pamięci… Hmmm? Ok., np. Red Hot Chili Peppers w Berlinie. Na pewno jeden z ważniejszych. Podobnie jak Swans w Warszawie w 2011 roku, po reaktywacji. Nie wiem, czy ma sens wspominać te najstarsze? Vader w 98 roku w Spodku. Post Regiment w 93. Mayhem na Wacken gdzieś w 2004 czy 2005. Latające świńskie głowy. Węgierski Trottel w Czeskim Cieszynie w 1990 chyba. Dobra, dość tej archeologii, bo zaczynam czuć jakąś nostalgię niepotrzebną. Mnóstwo koncertów, mnóstwo wspomnień. Kto nie chodzi, nigdy nie poczuje, czym jest rock i metal. By to zrozumieć, przynajmniej raz trzeba zaliczyć brudny namiot, dobę bez mycia, pot i ścisk. Teraz nie chodzę już na każdy koncert, jaki się nawinie. Może jestem za stary, choć raczej stwierdzę, że dużo bardziej wybredny.

Może to głupie pytanie będzie, ale spróbuję: Arek, trafiłeś kiedyś na album jakiegoś wykonawcy, który np. zachwycił cię, a którego nijak nie potrafiłeś zrecenzować? W tym sensie, że np. doszedłeś do wniosku że nie dasz rady, kapitulujesz, nie jesteś w stanie przełożyć na słowa emocji i tego co słyszysz, że recenzorsko składasz broń? Obrazowo – zrecenzować The Seer Swans albo, nie wiem, The Eye Of Every Storm Neurosis przyszło ci łatwo czy były to męczarnie?
Nigdy nie miałem takiego problemu z zespołami metalowymi czy rockowymi. Owszem, czasami jest łatwiej, czasami dłużej, zależy od weny. Jest jednak artysta, którego płyty bardzo chciałbym kiedyś zrecenzować, ale na razie nie jestem w stanie, bo nie dość, że nie mogę tych emocji przełożyć na język pisany, to jeszcze dodatkowo jestem po prostu za głupi, żeby o tym pisać. Chodzi o płyty Tomasza Stańko. Od lat jestem jego maniakalnym wielbicielem, ale jednocześnie przyznaję się bez bicia, że tej muzyki nie rozumiem, choć w jakiś specyficzny sposób mnie pociąga i zniewala. Teraz jestem na etapie konsumpcji najnowszego dzieła tego wybitnego trębacza – dwupłytowego albumu „Wisława” i ponownie jestem bezradny. Jeśli kiedyś uda mi się napisać o tym artyście coś sensownego, uznam, że jestem prawdziwym dziennikarzem muzycznym…

Pod koniec 2010 roku ruszył portal Violence online, którym zawiadujesz. Była jednak dość długa przerwa między jego uruchomieniem a papierową edycją kapitalnego magazynu o tym samym tytule. Czym była ona spowodowana? Nie było szans by papierowego Violence'a utrzymać przy życiu?
Przerwa była spowodowana tym, że nie bardzo wiedzieliśmy jak to ugryźć. Było zmęczenie robieniem wersji papierowej, potem namawiałem Karola na zrobienie wersji online, potem rozruch i już masz sporo czasu. Dlaczego zniknął papierowy magazyn? O kurczę, jak mnie to pytanie irytuje… To typowa, polska sytuacja. Jak magazyn leżał na półkach, to każdy przyszedł do sklepu, przejrzał, przeczytał siedząc w EMPiKu, ale nie kupił, jak magazyn zniknął, wszyscy narzekają, że nie ma. Cholera mnie bierze. Zresztą,  to nie ma znaczenia, bo online magazyn jest cały czas na bieżąco, rozszerzył formułę i ma przed sobą przyszłość.

Chciałbyś jeszcze jakoś rozwinąć Violence online, jak idzie o zakres prezentowanych treści czy jego formuła już jest domknięta?
Jak najbardziej, nie ma czegoś takiego jak skończona gazeta (lubię słowo „gazeta”…). Cały czas kombinujemy co zmienić, w jaką stronę iść, co dodać. Mamy mnóstwo pomysłów, jedynie co nas ogranicza, to czas, bo przecież każdy poświęca swoje wolne chwile. Na pewno nadal będziemy mieszać konwencje – trochę ekstremy, trochę rocka środka, trochę dziwactw. Na pewno nie zamykamy się w jednym gatunku, co może trochę dziwić, bo magazyn drukowany zaczynał przecież od sceny grind. Uważam, że taki rozwój nam służy, o czym świadczy fakt, że coraz więcej wytwórni i promotorów przekonuje się do nas, jesteśmy rozpoznawalni, zatem kierunek jest jak najbardziej słuszny. Ważne jest dla mnie to, żeby nie skręcać za bardzo w stronę przerostu formy nad treścią, nie lubię zbytnio magazynów online, w których wszystko mruga, skacze i błyska, ale czytania jest jak na lekarstwo. Na Violence każdy znaleźć może to, co w normalnej gazecie – aktualne (to dla mnie w kontekście magazynów online istotna kwestia...) wywiady, recenzje, felietony, relacje itp., czyli – niestety – dużo czytania...
Kolejna rzecz, z którą jako ze stereotypem, staramy się maksymalnie walczyć, to fakt, że Violence, jako magazyn internetowy jest traktowany niczym swego rodzaju słup ogłoszeniowy. Na zasadzie, przecież to Internet, więc się nie wysilają, co im szkodzi. Do normalnej gazety nikt nie napisze: „Przysyłam reklamę, zamieśćcie...”. Albo zespoły, które piszą: „Hej, wydaliśmy płytę na bandcampie. Ściągnijcie se i napiszcie recenzję.”. Kurczę, do Teraz Rocka nikt nawet nie ośmieliłby się tak napisać, bo to poważna gazeta, a do portalu można. W tym momencie jest to lekceważenie, bo przecież zależy im na profesjonalnej recenzji czy wywiadzie, jednak nie są w stanie wysilić się i traktować nas poważnie. Dlaczego zatem my mamy ich tak traktować? Przecież na napisanie recenzji/wywiadu poświęcam tyle samo czasu co kolega piszący do papierowej gazety! Dlatego walkę o dobre imię i o traktowanie naszego medium jak najbardziej poważnie uważam za sprawę nadrzędną. W związku z tym chcę także skorzystać (być może...) z dotacji na rozwój strony, nową grafikę itp. Jestem na etapie wciągania się w ten temat, co zresztą powoduje, że mniej piszę a więcej bawię się w pseudo biznesmena z przypadku...

Jesteście wy, musick, masterful, gitarzysta, ludzie piszący o hałasie do t-mobile music, nocontrolnews.pl, może jeszcze ze dwie „redakcje”, których na poczekaniu nie przytoczę – i tu mamy jakość i merytoryczne podejście do tematu. Reszta jest słaba albo beznadziejna. Arek, co sądzisz o polskojęzycznych webzinach i portalach muzycznych? Nie wydaje ci się, że jakość została mocno przykryta ilością i miernotą?
Cóż, wszystko zależy od motywacji, możliwości i chęci. A także tej iskry, chyba... Internet to taki DIY czasów globalizacji. Każdy może, ale nie każdy ma talent. Zazwyczaj jest tak, że na początku jest siła, chęci, które z czasem są coraz mniejsze, tym bardziej, że mało kto ma z tego tytułu jakąś kasę. Wiem po sobie, ile trzeba samozaparcia, żeby po powrocie z próby o godzinie 23, kiedy oczy same się zamykają i padam na ryj, otwierać kompa i pisać kolejną recenzję czy przygotowywać pytania. Ostatnio zrezygnowałem z jeżdżenia do pracy autem, bo w autobusie mogę włączyć laptopa i coś tam pisać, wykorzystując czas spędzony w komunikacji miejskiej. Paranoja, nie? Dlatego Violence nadal jest na fali, bo wszystkim się chce. Nie wnikam w to, jak podchodzą do tego moi koledzy, bo czasami aż mi głupio, że za ich wysiłek mogę im tylko podziękować. Nie wiem, może to mój urok osobisty tak działa (śmiech...). Nie jestem typem krytykującym. Jeśli coś mi się nie podoba, to tam nie zaglądam, dlatego dam sobie spokój z ocenianiem innych. Każdy orze jak może – to przysłowie idealnie tu pasuje. Żyję w zgodzie z tymi, co chcą ze mną żyć w zgodzie, resztę zasadniczo odpuszczam. Na razie nie odczuwam jakiejś konkurencji, bo muzyki jest tyle, że każdy znajduje coś dla siebie.

Zauważyłem, że jesteś nie tylko dużym fanem, ale i popularyzatorem na „łamach” Violence noise rocka. Widać też, że frapują cię współczesne inkarnacje tego typu hałasu (Plum, Ken Mode). Jakby doświadczony, zaprawiony w fechtowaniu metalowym piórem redaktor Lerch przekonał przeciętnego polskiego, konserwatywnego, ortodoksyjnego metalowca, że na Vader, Cannibal Corpse i klonach Morbid Angel świat się nie kończy i warto zwrócić uwagę choćby na muzyczną ścieżkę Steve'a Albiniego czy NoMeansNo?
Nie mam zamiaru nikogo do niczego przekonywać. Metal w Polsce to grupa silna, dumna i ... czasami dość betonowa. Jeśli ktoś słucha oldschoola, to nie przekonam go, że „Goat” po odpaleniu ma 200% więcej mocy niż „Altars of Madness”. Oczywiście, można próbować, choć tu nie chodzi o samą muzykę, o energię, jeno o swego rodzaju ideologię, kult, poczucie więzi między metalowcami. Jeśli miałbym już kogoś przekonywać, to raczej tych starszych. Łukasz Dunaj w swoim ostatnim felietonie w Mysticu przekonywał, że z metalu się nie wyrasta. Fakt – albo się taką muzykę lubi albo nie, tyle, że w starszym wieku można dużo więcej zaakceptować bo dochodzi tu doświadczenie i życiowa równowaga. Znam to z autopsji – może dla kogoś będzie to totalna paranoja, ale zdarza mi się słuchać płyty Depeche Mode a zaraz potem Immolation. I taka musztarda do dżemu jest dla mnie całkowicie strawna. Choć pewnie taka deklaracja spowoduje, że uznany zostanę za niekompetentnego pozera. I daj Boże zdrowie każdemu ortodoksowi, który wylewa pomyje na moją głowę. Jestem nieprzemakalny.

Na pewno jesteś po lekturze ważnych ubiegłorocznych książek związanych ze sceną i muzyką czyli Spowiedzi heretyka Nergala i Jaskini hałasu tandemu Lis/Godlewski. Razi cię, przeszkadza ci celebryctwo Nergala? Nie sądzisz, że Jaskinia hałasu ze względu na ogólne niedopracowanie (niedoredagowanie?) i błędy edytorskie to trochę utracona szansa na naprawdę ciekawe i istotne opracowanie, mogące choćby równać do Wybierając śmierć Mudriana?
Jaskinia – znam Krzyśka z Kagry i wiem, ile czasu i życia poświęcił na swoją zabawę z książkami i choćby przez wzgląd na powyższe nie powiem złego słowa. Komuś się podoba, innemu nie. Opinie są jak dupa – każdy ma swoją. Krytykuje, kto nic nie robił. Każdy, kto trochę liźnie tematu wie jaka to syzyfowa praca. Oczywiście, jako krytyk, dziennikarz mógłbym wytknąć pewne wątki, które mogłyby być rozwinięte, jednak uważam, że to wszystko mieści się w konwencji tej książki. Taka miała być i tyle. Nergal – każdy psioczy i śmieje się, ale w duchu aż przebiera nogami na myśl, że sam mógłby trzaskać kasę na głupotach. Ner jest dobrym biznesmenem i wykorzystuje jak umie swoje pięć minut, bo dobrze wie, że z muzykami jest jak ze sportowcami – jeśli nie wykorzysta okazji teraz, to na stare lata będzie dziadował. Jeśli miałbym się czegoś przyczepić to jedynie terminu wydania „Spowiedzi”. Uważam, że z marketingowego punktu widzenia, książka powinna ukazać się razem z nadchodzącą płytą Behemoth. Wtedy miałaby dużo większą moc. Choć z drugiej strony chodziło pewnie o to, by załapać się na falę popularności wśród ludzi niekoniecznie interesujących się metalem. Tak czy inaczej, robi co może. Myślę, że nowa płyta Behemoth wiele zweryfikuje i powie o obecnej sytuacji Nera jako muzykanta.

Widzisz gdzieś na horyzoncie jakieś młode, czy może nawet nie tyle młode, ale i nie za stare, dobrze rokujące, ciekawie rozwijające się bandy, które pociągną scenę i muzę po ewentualnym zejściu i końcu „wielkich” typu Motörhead, Slayer, Neurosis, Morbid Angel, Entombed, Metallica. Ewentualnie – kto by to mógł być?
Przepraszam, ale na to pytanie nie odpowiem, bo... nie chce mi się. Dzisiaj jest milion zespołów, wśród których jest pół miliona znakomitych a wśród tych znakomitych znajdą się tysiące wizjonerów, wśród których wyselekcjonować można setki bandów, które mogą kiedyś zastąpić starych dziadów. Kto wie, który? Chcesz kolejny, wielostronicowy elaborat? Nie mam na to siły a wymienianie jednego czy dwóch zespołów jest bez sensu. Ilu fanów muzyki, tyle opinii, więc daruję swoją, ok.? Na razie odkryłem polskiego Hendrixa czyli G Wolf i jaram się moim nowym zespołem Saw Slow, który zrewolucjonizuje muzykę i będzie zarzewiem nowej, rockowej rewolucji na świecie, styka?!

Poprosiłbym też o jakąś ocenę polskiej sceny. Pozwól, że nim odpowiesz, podzielę się własną refleksją, bo jestem ciekaw czy w jakiś sposób podzielasz taką opinię. Wiesz, wydaje mi się, że naprawdę fajny ferment dzieje się nawet nie tyle w stricte samym undergroundzie, co nawet na jego przecięciu ze sceną oficjalną. U góry stare, zakonserwowane i w większości zgrane nazwy typu Vader, Hate, Behemoth, Acid Drinkers, jakiś Hunter, ale już piętro czy dwa piętra niżej prezentujące co najmniej europejski poziom Blindead, Furia/projekty Nihila, Obscure Sphinx, Belzebongi i Vagitarianie, niedoceniany mym zdaniem okrutnie Searching For Calm, stara-nowa Antigama, pozwalająca otrzeć łzy po Kobongu Ketha, ostatnio wiedźmaki z Cultes Des Ghoules, samuraje Masachist ze świetną dwójką, Mord'A'Stigmata i można by tak jeszcze pewnie z 10 nazw wymienić. Uważam, że są to kapele, które śmiało możemy pokazać światu i gdybyśmy żyli w normalnym kraju i oni mogli się rozwijać albo przynajmniej funkcjonować na takich zasadach, które na zachodzie są normą – byłoby o nich po prostu głośno. Jak ty, w takim ogólnym ujęciu, oceniasz polską scenę?
Bardzo dobrze oceniam i ponownie, jak w poprzednim pytaniu – nie chce mi się wymieniać – zapraszam na Violence, tam dużo o dobrej, polskiej muzie piszemy, tam poznacie nasze zdanie. Jest masa dobrych zespołów, problem w tym, że z różnych powodów nie są w stanie wybić się ponad nasz kraj. Kobong miał szansę i nic nie wyszło, choć gdyby ich odpowiednio wypromować, dzisiaj to Meshuggah grałby jako ich support na międzynarodowych trasach. Była super Neuma, z tym, że to są trudne dźwięki. Co do rozwoju – u nas nie promuje się kultury muzycznej, poza standardowymi dźwiękami. Są Idole i Mustbidemusiki i inne gówna, które wypaczają nasz mental, dają złudne poczucie, że można nic nie umieć, nie wysilać się, i pokazując dupę zostać gwiazdą. A wiadomo, że nawet Weekend, żeby dojść do tego, co ma teraz, musiał grać latami w każdym, przydrożnym kiblu. I podobnie jest z muzyką metalową, rockową i każdą inną. Albo wycierasz sobą każdą dziurę, niszczysz sobie życie prywatne, zdrowie itp. i osiągasz sukces, albo wymiękasz i zostaje ci nagrana płyta. Jasne, są wyjątki, bo np. Luxtorpeda osiągnęła sukces i muzycy mają normalne, udane życie. Ale chyba Litza mógłby dużo powiedzieć o swoich początkach, o życiu na granicy w Acid’s... Każdy, dosłownie każdy artysta, który osiąga sukces, okupuje go jakąś częścią swojego życia – to cyrograf, którego uniknąć się NIE DA. Czasami kończy się to w trumnie, czasami na szczycie. Ktoś, kto na szczyt dochodzi via talk show, jest pajacem i kończy jako dziwka. Przyjmujcie to, jak chcecie.

I by dobić do równej liczby - pytanie 20., ostatnie: ssanie muzyki z netu. Jaki jest twój pogląd w tej sprawie? Złodziejstwo czy znak czasu do którego albo się dostosujesz i przyzwyczaisz, bo wygrać – nie wygrasz? Dziękuję Arek za rozmowę, życzę powodzenia z wszystkimi muzycznymi projektami. Jeśli jeszcze chcesz coś dodać na koniec – proszę bardzo.
Kilka lat temu na każdy wyjazd zabierałem torbę kompaktów i discmana. Kompakty wracały z podróży poobijane, ja się wkurwiałem, bo ciągle mi zawadzały. Teraz biorę iPhone’a i iPoda i mam całą muzykę ze sobą. To chyba wiele wyjaśnia. Z przeciwnika, który opluwał, wyklinał i wyśmiewał użytkowników mp3 stałem się degustatorem. Znak czasów i konieczność – co  mam robić, jeśli 80% wytwórni w taki właśnie sposób udostępnia dziennikarzom płyty do promowania? Obrazić się?! Nie ma wyjścia. To wygodna forma. W domu oglądam sobie płyty a w drodze słucham mp3. A od czasu do czasu zabieram i CD, bo jednak nie można tego przeskoczyć – jakość z płyty bije na głowę jakość i dźwięk mp3. Nawet doszło do tego, że jako wytrawny znawca i maniak CD’s, kupiłem sobie...  adapter. Piractwo – cóż, w temacie o którym już wspominałem, czyli „The Beast”, można różnie na to patrzyć. Rzecz nie do opanowania, choć ostatnio zauważyłem, że wraz ze wzrostem tolerancji ze strony zespołów, wzrosła też stabilizacja. Co mają robić artyści i wytwórnie – walczyć z wiatrakami? Straszyć ludzi? Robić spektakularne akcje typu wysoka kara dla jednej osoby? Jakoś nikogo to nie odstrasza. Oczywiście z jednym wyjątkiem – jeśli ktoś kradnie muzę a potem bierze za to kasę – powinien ponieść karę. To zresztą temat bardzo trudny, skomplikowany i jak na razie nikt nie wynalazł ta taką bolączkę panaceum.
Dzięki za fajne pytania.

Pytał: Sławek Łużny

 

Arek Lerch – pasjonat i dziennikarz muzyczny. Drummer, spiritus movements portalu Violence Online. Prościej wymienić w ilu redakcjach mediów muzycznych o rockowo-metalowej orientacji nie pracował (bądź z którymi nie kolaborował), niż odwrotnie. Aktualnie ponownie w Metal Hammerze, współpracuje też z tygodnikiem # Sieci. Bębnił m.in. w 100% Bawełny, Coalition, Ssaki, Sunrise, Daymares, 100 Inch Shadow, Born Anew, The Band Of Endless Noise. Obecnie tłucze w Cast In Iron, Saw Slow, COLD. Niespotykanie pogodny człowiek.

Fotografie: Archiwum Arka Lercha
www.violence-online.pl