TERROR – Live By The Code

TerrorWraca Terror. Trzy lata po świetnie – zupełnie zasłużenie – przyjętym Keepers Of The Faith hardcore'owcy z L.A. serwują nowy album. Smutne, że co najwyżej poprawny.

 

Terror wpadł pod tym względem w koleiny pobratymców z Hatebreed, którzy po naprawdę dobrym Hatebreed, wypuścili co słabawy The Divinity Of Purpose.

 

Gdyby się uprzeć i odłożyć na bok typowy dla tej stylistyki anturaż – gdzie longpleje często robi się raczej krótkie, intensywne, a mające w zamyśle zwięźle walić po ryju – to ostatnie dokonanie Terror można by potraktować jako minialbum. Trwa raptem niecałe 27 minut. I niestety, raczej nie zachwyca. Live By The Code jest w porządku, jest dobry, na tle całych zastępów hc crew z tej i tamtej strony Atlantyku – nawet niezły, ale mówimy o Terror. O Terror do kurwy nędzy! Jednym z liderów sceny brutalnego hc, być może nawet okupującym któreś z miejsc na podium. Dającym totalne koncerty. Mającym na koncie wyśmienite krążki (Keepers..., Always The Hard Way, One With The Underdogs). Scott i spółka wypracowali sobie już taką pozycję, że od kogo niby, jak nie od nich można wymagać najwięcej i kogo – jak nie ich niby – pociągać do odpowiedzialności? Zostawmy jednak publicystykę – bo i tak każdy swoje wie najlepiej – i zajrzyjmy na Live By The Code. Chyba z 30 razy już przewałkowałem ten album. Nie poodkrywałem niczego dodatkowego po nastym czy dziesiątym przesłuchaniu i za każdym razem tylko na trzech utworach strzygam uszami. Na fajnym, pierwszym The Most High, utrzymanym w wolnym, kroczącym tempie, stylistycznie mogącym mieć afiliacje i stanowić przedłużenie Keepers Of The Faith, ergo – hymnie Terror. W sam raz do skandowania z publiką na koncertach. Drugi to I'm Only Stronger, najbardziej pokombinowany i charakterystyczny na całej płycie, z początkowym motywem gitarowym a'la Motörhead. Pod koniec drugiej minuty lekko zwalnia na chwilę, zmienia rytmikę i riffy, potem wraca na początkowe tory. Gdybym miał radzić Terror, jaki kierunek obierać na przyszłość to ten kawałek mógłby być wyznacznikiem. No i trzeci, następny na liście, tytułowy Live By The Code. Jest świetny. Terror w pigułce: brutalny, bezpośredni, rwący do przodu, osadzony na świetnych patentach gitarowych. Na koncertach chłoszcze niemiłosiernie i chyba do setlisty wszedł już na stałe. Jako pierwszy pojawił się w sieci, ogromne nadzieje rozbudził, szkoda że płonne niestety. I w zasadzie z mojej strony tyle, jak idzie o nowe dzieło (?) załogantów z L.A. Może jeszcze w pamięci zostaje na jakiś czas Hard Lessons (też grany na niedawnym Rebellion Tour), ale raczej tylko dlatego, że gdzieś w okolicach 30 sekundy rżnie riffa od Slayer. Nie no – poprawka, w sumie cały ten track wali na milę Arayą i spółką. O brzmieniu jeszcze dwa zdania. W porównaniu do poprzednika jest „głośniejsze”, bardziej chaotyczne, wybitnie koncertowe, studyjnie niecyzelowane. Myślę, że bez problemu odwzorują je na gigach, jeśli taki będzie ich zamiar.

Tyle w zasadzie. Terror nagrał nowy album, może go ulokować i odfajkować w swojej dyskografii. Nie napiszę oczywiście, że z Live By The Code skrewili i jest porażka, bo nie jest. Ot, taka terrorowa „muzyka środka” z tego wyszła. Wypuścili, jak na swoje możliwości, umiarkowany album. Wszystko to już bywało wcześniej, nieraz podane w nieco ciekawszy sposób. Naturalnie nie oczekuję, że Terror zacznie łoić mathcore'a a Scott przemieni się w hardcore'owy odpowiednik Mike Pattona. Nie. Nieco wyższej jakości bym tylko oczekiwał. I ciekawszych pomysłów w zdecydowanie większej dawce, bo w pamięci zostają na dłużej tylko dwa świetne strzały: I'm Only Stronger oraz tytułowy. Terror mają już na koncie płyty słabsze od nowej (The Damned, The Shamed), mają też więcej wybitnie lepszych (patrzeć wyżej). Będąc przy nadziei, że przy następnej zwycięży ta druga opcja – zamykam nasze dzisiejsze rozważania.