MISERY INDEX – Live in Munich (Season Of Mist)

Misery Index lubię, nawet bardzo. Ich muzyka potrafi strzelić w pysk (i inne organa) mocno i dosadnie, niczym Gołota w najlepszych czasach Niestety, tym materiałem Amerykanie strzelają, ale sobie – w stopę i kolano. Co najmniej ...

 

Misery Index, obok Benighted i Dying Fetus, są obecnie chyba najciekawszymi składem z półki technicznego, punkującego death/grindcore. Mają duży szacunek na scenie, potrafią na żywo mordować. O co więc chodzi? O „Live in Munich” chodzi! Ichnią koncertówkę. A konkretnie o brzmienie. Nie potrafię zrozumieć jak do tego doszło, że pozwolili oni sobie wypuścić takiego brzmieniowego gniota i autoryzować go. Nie wiem o co chodzi. Może wytwórnia zrobiła to wbrew ekipie Jasona i spółki? Trudno w to uwierzyć, bo po pierwsze: Season Of Mist to arcysolidna oficyna; po drugie: nie sądzę aby zdobyli się na takie działanie, wbrew zespołowi. To coś – „Live in Munich” – bardziej brzmi jak underkoncertowy bootleg czy reh. Gdyby chodziło o jakiś trzecioligowy brudny crustowy skład – zrozumiałbym, ale Misery Index? Dejcież spokój. Perkusja cyka, jakby zamknięta była pod jakimś grubym plastikowym kloszem. Gitary nie brzmią, tylko raczej bszmią. W tych szybszych, krótszych, bardziej ciętych riffach – dość przecież charakterystycznych dla MI – można ich faktur jedynie się domyślać. Najbardziej brutalnie i najlepiej słyszalne są ... zapowiedzi Jasona między utworami i zagajenie publiki, której reakcje słychać też tak, jakby znajdowała się po drugiej stronie ulicy klubu, w którym graja Amerykanie. Tak to wygląda. Nie mam zastrzeżeń co do tracklisty, bo ta jest bardzo ok. Wszystko zaczyna się od Sleeping Giants. Mamy m.in. potężnego The Spectator z tym kapitalnym bujającym feelingiem. Jest też siekący Traitors. Ogółem osiem kawałków plus remix Siberian na koniec. Niewiele ponad 30 minut dźwięków (nie nazwę tego – muzyki). I cieszę się, że koniec. Pełne rozczarowanie. Znając dość dobrze studyjne dokonania Misery, ich ekspansywny, mający ciąg na bramkę charakter, liczyłem na naprawdę ostry kawał koncertowego grzmocenia. A tu lipa. Misery Index w tym roku ma wypuścić nowy album. Mam nadzieję, że okaże się on odpowiednią rezurekcją tego koślawego i kalekiego materiału koncertowego.

Pan Sławek