RIVERSIDE, Klub Studio, Kraków, 13.04.2013r.

W zimnawy jeszcze sobotni podwieczór, gdy na nieodległym stadionie Wisła – w wyniku karygodnych błędów sędziów – przegrywała z Legią, w pobliskim wiślackiej „fussball arenie” Klubie Studio zagrała też inna warszawska drużyna.

 

W ramach New Generation Tour 2013 – promując ciepły jeszcze album Shrine Of New Generation Slaves – do Krakowa zajechał Riverside, numero uno progrockowa załoga w kraju nad Wisłą. Choć po ostatniej płycie to chyba bardziej adekwatny w muzycznym kategoryzowaniu warszawiaków byłby przedrostek „hard”, niż „prog”. Mniejsza o to. Poniżej kilka subiektywnych zdań o tym koncercie. Bardziej to refleksja niż relacja i recenzja – nadmieniam.

Nie jestem specjalnym znawcą ani koneserem rocka progresywnego, nie znam najważniejszych płyt King Crimson i Jethro Tull, Pink Floyd znam baaardzo wybiórczo, cenię – bo na to zasługują – ale sięgam po ich dokonania od wielkiego division bell. Riverside jednak bierze mnie bardzo. Nie wiem czym to jest powodowane, nie chce mi się nad tym zastanawiać i próbować tłumaczyć. Pamiętam jednak jak dziś, gdy całkiem przypadkowo trafił do mnie Out of Myself . Nie mogłem początkowo uwierzyć, że w Polsce, na poziomie debiutu, można już tak zagrać. I jeszcze Mitloff – podpora deathmetalowego Hate – na perkusji... Riverside od tego czasu przeszedł dość szybko długi dystans, będący jednocześnie przyspieszonym kursem stawania się bardzo znaczącą i cenioną w branży kapelą. Znaczącą w sensie stricto i w skali co najmniej europejskiej. Szybko wybili się ponad lokalne podwórko, nagrali kilka frapujących albumów. I co istotne: bardzo różnorodnych – w ramach progrockowej, dość jednak trudnej i nieraz stawiającej formalnie określone ramy, konweniencji. Zjeździli Europę wzdłuż i wszerz, zdobyli autentyczną popularność wśród fanów takich dźwięków (m.in. Beneluks), kontrakt z gigantem Inside Out, etc., itd. O dziwo, nawet na polskim oficjalnym rynku muzycznym – mającym raczej posmak i wygląd znanej uprawnej rośliny pastewnej – zostali docenieni. Dziś bez żadnej przesady, okazjonalnego chciejstwa i lokalnego „patriotyzmu” można przyjąć, że polski Riverside jest w czubie, pierwszej dziesiątce światowego „progrockowego” grania. Takie fakty. Riverside to marka. Obok Vader, Behemoth i może Decapitated, kojarzona na świecie jako polski band grający cięższą muzykę.

Okazało się, że Kraków też lubi, szanuje i docenia zespół. Że warszawiacy mają tutaj naprawdę liczny swój „street team” i mogą liczyć na świetne przyjęcie. Studio było wypełnione i nie sądzę aby w jakimś znaczniejszym stopniu byli tu przypadkowi ludzie. Myślę, że takich było naprawdę niewiele, a potwierdzać to mogą reakcje w trakcie koncertu. Wszędzie pełno wiary: na „płycie”, „trybunach”, „balkonach”. Full. Przekrój wiekowy – jak socjologiczny przekrój społeczny. Stojąca przede mną i ekstatycznie reagująca na dźwięki, 7-osobowa rodzina była co najmniej dwupokoleniowa. Po lewej siedział na oko 55-latek bardzo emocjonalnie reagujący na dźwięki warszawian. Po prawej z kolei chyba 30-latek na oko, w paradnej koszuli z kołnierzykiem, wyglądający niczym młody kleryk na przepustce z seminarium. Wyśpiewywał pod nosem wraz z Mariuszem Dudą chyba wszystkie refreny. Riverside zagrał sążnisty koncert, z dwoma bisami, muzycznie oparty przede wszystkim o nowy album. Jak coś nie pomieszałem to z S.O.N.G.S. nie było tylko Deprived i Coda. Już jako drugi w indeksie – nie biorąc pod uwagę wstępu w postaci ambientującego Night Sessions – był The Depth of Self-Delusion. Ten utwór jest... no, piękny jest poprostu. Steven Wilson na pewno zazdrości go Mariuszowi. Drugim takim, najbardziej lirycznym z nowej płyty jest We Got Used To Us. Też świetnie wypadł, też zaczarował publikę, podobnie jak i Escalator Shrine, prawie 13-minutowy drapieżny kolos. Nie zabrakło sztandarowych Egoist Hedonist i Left Out z Anno Domini High Definition. Bardzo mocnym punktem – jak nie najmocniejszym – było 02 Panic Room z tym charakterystycznym perkusyjnym biciem Mitloffa. Dwa razy bisowali, set zakończyli Celebrity Touch czyli singlowym, najmocniejszym chyba i najbardziej kojarzonym obecnie z S.O.N.G.S. utworem. To, że zostawili go na absolutny koniec (drugi bis, przypominam) też może świadczyć zarówno o sile, jak też pewności Riverside.

A propos Piotra Kozieradzkiego jeszcze – jego zestaw był przepotężny, na podeście, który wystrojony był grafikami z S.O.N.G.S. Mając w pamięci jego wcześniejsze, nienawistne dokonania muzyczne – starałem się obserwować dokładnie jego partie w Riverside. Precyzja, polot, lekkość. Lata świetlne od łojenia a'la Deicide w Hate. Wtórowali mu pozostali muzycy. Piotr „Grudzień” Grudziński – po lewo patrząc od publiki – spokojny i raczej skupiony na swoich partiach. W centrum oczywiście Mariusz Duda, ze swym mocno podkręconym, wyrazistym basem. W pewnym momencie zaprezentował nawet solo. Jest świetnym wokalistą, najlepiej śpiewającym w języku Szekspira rodzimym frontmanem rockowym. No i po prawej, obstawiony z trzech stron klawiszami Michaj Łapaj, uwijający się chwilami jak w ukropie. W pewnym momencie koncertu zaczął nawet grać na organach... plecami. Był też ciekawy purplowski fragment, gdy Mariusz opowiadał publice, jak to porównywano już Riverside do Porcupine Tree czy Dream Theater. Wystarczyło nagrać teraz trzy piosenki – mówił – i teraz porównuje się nas do ... i Michał zapodaje motyw z Perfect Strangers. Zabawne to było, wbijające okazjonalnie szpilę dziennikarzom, krytykom i recenzentom; świadczące w końcu o dużym dystansie własnym chłopaków. To kolejna sprawa, która urzekła mnie u nich. Żadnej pozy, gwiazdorki, opowiadania filozoficznych pierdół o swojej muzycznej „sztuce”, jakiegoś jej onanistycznego kanonizowania. Tutaj Riverside i Mariusz – jako frontman i osoba na której przede wszystkim skupia się uwaga publiki – idzie drogą Mikaela Akerfelda. Czyli luzackie zagadywanie, żarty i przekomarzanie się z audytorium, swoboda. Szczerze zaśmiał się gdy ktoś w przerwie między jednym a drugim kawałkiem, w chwili ciszy, krzyknął na całe studio: „Riverside. Lubię was!!”. Wszyscy czterej zresztą taki mają swój sceniczny background. Przezabawnie wyglądało, jak po drugim bisie, już na koniec, po pożegnaniu się z publiką – i oddaniu jej pokłonów – gęsiego, jeden za drugim, chodem przypominającym bohaterów kreskówki „Sąsiedzi” opuszczali scenę. A publika z uśmiechem i zadowoleniem opuszczała Studio.

Kolega który mi towarzyszył, bardziej wzmożony i wyrobiony ode mnie jak idzie o zainteresowanie rockowym graniem, narzekał jeno, że brakowało mu nieco sopranów. Odpowiadam: Jak lubisz rocka i soprany Bogdan – na Tarję Turunen wbijaj jak będzie. Na moje towarzystwo wtedy jednak nie licz.