IGGY & THE STOOGES – Ready To Die

Poharatana zmarszczkami twarz Keitha Richardsa. Brodawa Lemmy'ego. W naszym wydaniu: natapirowana, nie imająca się zmieniających mód i czasów, fryzura Siczki z KSU. 

 

No i w końcu wysuszona, żylasta klata Iggy Popa, mogąca aspirować do kontrowersyjnej wystawy Human Body. Oto widome współczesne znaki żywych praojców rock'n'rolla i punka. Zajmijmy się tym ostatnim, bo wraz ze Stooges'ami tyle co wypuścił nowy, pyszny album.

The Stooges to proto(punk)plaści; tacy Stonesi punk rocka, tylko jeszcze starsi. Ready To Die jest tytułem odwrotnie proporcjonalnym do zawartości. Ten album wierzga, mimo że siodłają go panowie w naprawdę słusznym już wieku. 66-letnia klata Popa – poddawana na przestrzeni lat przeróżnym używkowym turbulencjom – potrafi jeszcze tłoczyć powietrze, pozwalające trzewiom wyrzucać punkrockowe kantaty. Iggy nigdy nie filozofował, nie kamuflował w swych tekstach. Prosta muzyka (tylko, na Odyna, nie mylić z – prostacka!), prosty bezpośredni przekaz, szczerość. Jest tutaj, podczas tych niespełna 35 minut, kilka perełek. Już pierwszy Burn atakuje kapitalnym świdrującym riffem na początku, rozkręcając się z czasem w jazgotliwą punkową petardę. W następnym Sex And Money natkniemy się na saksofon. Job jest brudny i ma piwniczną proweniencję, Gun z kolei jak znalazł pasuje do tanecznego obściskiwania się z podpitymi studentkami na imprezie w akademiku. Na mnie największe wrażenie wywierają dwa najspokojniejsze kawałki w zestawie: Unfriendly World oraz zamykający płytę The Departed, a szczególnie ten pierwszy. Iggy wdziewa tu kapelusz Leonarda Cohena i koszulę Johnny'ego Casha. Zakasując rękawy, na spokojnym, lirycznym wręcz podkładzie reszty Stoogesów, wyśpiewuje kapitalne mruczando. Moc. Zaraz za nim – dla odmiany – ostry gitarowy atak w kawałku tytułowym, inkrustowanym fajnymi solówkami. DD's – tutaj też mamy saksofon i bardzo ciekawe struktury gitarowe. Pochowane w pierwszym odsłuchu, ale warto je wyłuskać, naprawdę warto. Dirty Deal – dirty dancing trwa nadal, podochocone studentki idą dwa kroki dalej, zdobywamy kolejną bazę, do przyłożenia blisko. Kolejny Beat That Guy, wolniejszy, jednostajny, taki trochę patetyczny, w dobrym tego słowa znaczeniu. No i na zakończenie wspomniany The Departed – czyli wyciszenie, utrzymane nieco w sosie country. No, chwyta po prostu za serducho to spokojne cichutkie, koślawe śpiewanie Iggy'ego. Szemra on, niczym Delta Missisipi w skwarnym lecie, po zachodzie słońca. Dla tego jednego 4,5 – minutowego momentu warto poznać ten album.

Ready To Die ma świetne brzmienie, nieosiągalne dla tych wszystkich współczesnych pop punkowych, hipsterskich i trendowatych siuśków. Mimo kasandrycznego tytułu, jest świadectwem życia, emanacją (afirmacją?) jego muzycznej żywotności. Pewnie przy współczesnym zalewie rynku szybko popadnie w zapomnienie, a w branżowych podsumowaniach pojawi się incydentalnie. I w sumie dobrze, bo Iggy i Stooges nie muszą już nic. Są autentyczni, granie sprawia IM radość, generowane przez nich dźwięki odessane są w 100% z potrzeby schlebiania komukolwiek, popeliny, koniunkturalizmu. Już samo to w dzisiejszych czasach jest wartością. Polecam. Ja do Ready To Die będę wracał jeszcze długo.