Brutal Assault XXII, 9 – 12.08.2017 r., Twierdza Josefov, Jaroměř

obrazek

Brutal Assault to doskonały przykład tego jak się organizacyjnie rozwijać, a zarazem nie tracić pierwotnego charakteru. Przy większej liczbie uczestników organizatorzy rozwiązali problemy ubiegłorocznych kolejek. Zespoły nadal zaczynają grać o czasie, nikt się nie spóźnia i nie gra dłużej niż zakładano (choć czasem naprawdę by się tego chciało...). Jeśli popadał deszcz, niemal monsunowy, i zaczęły się tworzyć kałuże – dbano o to by trakty komunikacyjne były drożne.

 

To teraz subiektywnie na wskroś o koncertach podczas tegorocznej edycji:

Środa

The Lurking Fear i Deserted Fear zagrały za wcześnie by je zobaczyć. Ubolewam nad tym, ale takie jest życie, że nie można mieć wszystkiego. Konsolidacją stały się  tego dnia zupełnie niespodziewanie zespoły nie typowane przeze mnie na faworytów.

Madball. Pierwszy wykonawca dla którego klęknąłem tego dnia. Niesamowicie energetyczny występ reprezentantów NY HC rozbudził napływająca dopiero do twierdzy publiczność i zaprosił ją do tańca w rytm przepełnionych gniewem riffów. Na żywo Amerykanie zabrzmieli wspaniale. Masywne a zarazem klarowne brzmienie; agresywny, kipiący wręcz nienawiścią wokalista – wszystko to stworzyło niezapomniane widowisko, którego efektem był zgubiony but, boląca szczęka i kontuzją stopy z która musiałem się borykać aż do końca festiwalu. Wcześniejsze występy Root, Gorguts czy Wintersun, które krócej lub dłużej oglądałem, nie wywarły na mnie wystarczająco dużego wrażenia by się o nich rozpisywać. Macabre i Metal Church, którzy grali w tym samym czasie na różnych scenach zaprezentowali tylko fajne sety. Macabre gra metal z cyklu kochaj albo miej to w dupie. A za fana Metal Church nigdy się nie uważałem.

Z kolei Dillinger Escape Plan zrobił bardzo dobre show, jak to na nich przystało: widowiskowo, z mocnymi światłami, a także głośno i czytelnie. Tak w skrócie można opisać ich koncert. Kończąca swoja działalność grupa kontynuowała pożegnalne tournée, przerwane po wypadku pod Radomskiem. Podziwiając ich moc i potęgę na koncercie w warszawskiej Stodole stwierdzam, że na  openerowych festiwalach dają radę z równą mocą.

Następny na deskach dużej sceny pojawił się Master’s Hammer. Legenda czeskiego metali pokazała się z dobrej strony, wykorzystując w pełni czas i miejsce. Wokalista wystylizowany na XIX-wiecznego myśliwego z pańskiego lasu, skutecznie przykuwał uwagę. Kolejnym szczegółem dobitnie odznaczającym się na scenie był wyeksponowany niemalże na pierwszym planie koleś, który na dużych bębnach grał swoje nuty sprawiając wrażenie, że gra je w swoim własnym świecie. Master’s Hammer zaintrygował na tyle, że chętnie skonfrontuję jak wypadają na klubowych deskach, mimo, że odniosłem wrażenie jakby muzyka się postarzała bardziej niż wykonawcy. Okazja ku temu by sprawdzić formę Czechów będzie niebawem.

Obłędem zostałem porwany na Overkill. Widziałem ich na Metalmanii w 2008 r. i tam mnie zupełnie nie przekonali, a wręcz rozczarowali. Występem na BA pokazali, że należą do czołówki thrash metalu. Wbili mnie w ziemię, rozgnietli i pokazali środkowy palec z diabolicznym uśmiechem na twarzy.

Wstępująca po nich Batushka zabrzmiała jak teatrzyk dla dzieci. Blitz skakał, biegał po scenie, wrzeszczał i piał falsetem. Każdy instrument był nagłośniony w odpowiednich proporcjach, a do tego taki feeling, o którym setki metalowych grup może pomarzyć. Każda kolejna piosenka brzmiała lepiej od poprzedniej. Z każdą minutą Overkill zyskiwał pewności a kolejny numer był lepszy od poprzedniego. Za głowę się chwytając, zadawałem sobie pytanie: „jak oni napierdalaja!”. To był drugi strzał po Madball, po którym trudno mi było się otrząsnąć tego dnia.

Wolves in the Throne Room tego dnia zademonstrowali z niebywałą klasą jak zagrać black metal w Metal Gate. Mimo zmęczenia i później pory, chłonąłem każdą nutę i napawałem się każdą chwilą scenicznego popisu jankesów. Mrok w najbrudniejszej postaci sączył się ze sceny, a zło emanowało z każdego dźwięku i gestu, przedzierając się lubieżnie się przez gęsty dym. Tak jak Taake zniszczyło w ubiegłym roku zupełnie niespodziewanie, tak na tej edycji Wolves in the Throne Room kazali uznać swoją maestrię. 

Czwartek

Tego dnia dotarłem dopiero na Terror. Zespół ten kocham miłością bezgraniczną. To co oni wyczyniają na scenie przechodzi ludzkie pojęcie. Widząc ich chyba piąty raz na żywo dałem się zaskoczyć i uwieść ich prostolinijnej agresji skomasowanej w muzyce. Nazwa Terror oddaje całkowicie soniczne zniszczenie siane ze sceny. To istny buldożer. Niezależnie od okoliczności – rozgniata i miażdży, pozostawiając tylko pogorzelisko. Było tańczone i było oglądane. Z rozdziawioną japą oczywiście.

Po występie Nile przez kilka dni moje narządy słuchu przepełnione były wokalami Sandersa, a Sarcophagus nie mogłem wypędzić ze swojej głowy. Brian Kingsland dodał świeżego powietrza ich muzyce, jednocześnie nie zmieniając stylistyczne obszarów, które Amerykanie penetrują od wielu lat. Wstęp atrakcyjny i intensywny, a nadmienię, że nie zaliczam się do kręgu fanów Nile, rysujących egipskie hieroglify z pamięci.

Tymczasem totalna anihilacja miała swoje apogeum pod namiotem Metal Gate przy dźwiękach Swans. Dla mnie był to najgłośniejszy koncert (chyba tylko Tsjuder i Vallenfyre demolowały uszy z większą intensywnością). Swans gromadząc zaskakująco małą publikę, zagrał czarująco dobry koncert. Moim zdaniem najlepszy koncert tego festiwalu. Hipnotyczne dźwięki, metaliczne brzmienia, czarujące głosy… Wszystko to stanowiło ekstrakt muzycznych dokonań grupy. Stałem niemal pod samą sceną a Gira z kolegami wodził mnie za uszy po najmroczniejszych zakątkach mojej psychiki.

Zmianę klimatu zapewnił Emperor, który mimo wszystko nie spełnił moich oczekiwań. Za dużo słyszałem w ich muzyce indywidualnych dokonań Ihsahna za mało Emperor z dawnych czasów.  Zachwycony improwizacją Swans, nie byłem w stanie oddać się we władanie Cesarza, który odegrał bardzo dobry koncert, jednak osobiście miałem nadzieję na coś specjalnego. Może gdybym nie napalał się jak nastolatek do ruchania to bym większą radość z tego przedstawienia mógł czerpać.

A takie Suffocation pokazali jak najlepiej zrobić pożytek z dużej sceny. W deszczowej aurze przy akompaniamencie odsuwanej betonowej płyty z zainfekowanej krypty, szczęki swojej w tłumie szukałem. Etatowy wokalista Frank Mullen nie brał udziału w tym misterium cmentarnej dewastacji a godnie go zastępował tej nocy Kevin Muller. Hiciory takie jak Infecting the Crypts czy Effigy of the Forgotten roztrzaskały mózg i zdruzgotały kości. Zagrali technicznie, ale z amerykańską zgnilizną charakterystyczną dla Florydy lat 90-tych. Czyli tak jak lubię!

Piątek

Ten dzień otworzyłem koncertem The Crown. Żywię do nich sentyment, jednak pod sceną Metal Gate zabrakło im trochę ognia. Gitary nie miały przysłowiowego jebnięcia, a ludzie chyba to wyczuli, ponieważ niemal w całości oglądali występ Szwedów w pozie biblijnej żony Lota – nieruchomi jak słupy soli. Mimo pewnych niedostatków obejrzałem występ do końca, a następnie poszedłem zerknąć na duża scenę, gdzie grał Sacred Reich. Ostatecznie ich złożyłem w ofierze na stosie ucieleśnionego zła i ohydy. Wróciłem pod namiot, by w wieku prawie lat 40 dowiedzieć się, jak gra się Metal. Possessed. Ćwieki, skóry, mosh i napierdalanie najlepszego death metalu o jakim można marzyć. Występ zabrzmiał bardzo brutalnie i szaleńczo. Wściekłość wręcz emanowała ze sceny. Trzydzieści lat już dawno minęło od wydania Beyond the Gates czy Seven Churches. A po reaktywacji Possessed nadal napierdala, jakby przed miesiącem wyszli z piwnicy z nagraną EPką i mieli po 18 wiosen na karku.

Tego wieczoru pozwoliłem się jeszcze owładnąć dźwiękami Carcass, którzy wypadli wybornie, jak na mój gust. Możliwe, że lokalne trunki i nadzwyczajne okoliczności przyrody przyczyniły się do takiego stanu rzeczy. Angole rewelacyjnie skondensowali w godzinnym występie trzy dekady lat swojej aktywności. Takie piosenki jak Incarnated Solvent Abuse, Corporal Jigsore Quandary, Heartwork czy Carnal Forge pokazały publiczności, że zgniłe truchło z Liverpool’u ma nadal coś do udowodnienia w metalu. Nowe utwory odegrane zostały z jakimś niesamowitym kopem i werwą, a stare śmierdziały stęchlizną. Występ zdecydowanie powyżej moich oczekiwań.

Podobnie jak Electric Wizard. Zanim wkroczyli na scenę, powietrze stało się gęstsze, zabarwione mdłym charakterystycznym aromatem spalanego zielska. Zapach ten stawał się coraz bardzie wyczuwalny wraz z kolejnymi utworami opiewającymi zalety legalizacji marihuany. Nie tylko zmysł węchu, ale również wzroku mile był pobudzany podczas koncertu Electric Wizard. Show był zilustrowany na rzutniku niezliczoną ilością kobiet eksponujących z lubością gołe piersi i pośladki. Bujanie, ciężar i niesamowity duch Black Sabbath unoszący się w powietrzu – tak pokrótce można opisać występ Anglików.

Tego dnia największe rozczarowanie stanowiło Wreckmeister Harmonies. Występ na scenie Oriental nie urzekł muzykalnością. Liczyłem na podobne wrażenia, jak przy Swans, ale nie dane mi było zaznać zbliżonych nawet emocji. Szkoda.

Sobota

Ostatniego dnia festiwalu największe wrażenie zrobili na mnie Mantar, Demolition Hammer, Vallenfyre i Tsjuder.

Niemcy pomimo dwuosobowego składu pokazali jak uskuteczniać rozpierdol. Nawet przez chwilę nie dało się odczuć, że Mantar to dwóch kolesi. Elementy black, death, sludge skonfrontowane z punkowym zacięciem stanowią bardzo skuteczne ciosy. Perkusja ustawiona bokiem ułatwiała śledzenie katorżniczej pracy jaką wykonywał Erinc. Napierdalał w zestaw jakby mu on krzywdę jakąś zrobił. Gitarzysta Hanno również nie szczędził sił, drąc mordę jak się patrzy. W efekcie stworzyli kapitalne widowisko muzyczne o jasnym przekazie: gniew jest najlepszym katalizatorem i natchnieniem dla metalu. Nadmienię tylko, że Niemcy mają dwa albumy na koncie i 5 lat grania za sobą. Ciągle w niezmienionym dwuosobowym składzie. I widać na scenie, że jest tam chemia i zrozumienie.

Z  deszczu pod rynnę – można by skomentować moje przejście spod namiotu na duża scenę by obejrzeć Demolition Hammer… Inne oblicze agresji.  Amerykanie reaktywowali się rok temu i nadal grają gwałtowny thrash metal podszyty elementami death metalu. Maja jedynie trzy albumy na koncie i jedynym członkiem z oryginalnego składu jest Steve Reynolds – wyglądający na spokojnego starszego pana o nienagannym ubraniu i schludnym wyglądzie. Dopóki nie otworzy jadaczki… Włos mi się na karku jeżył od ilości przekleństw, które starszy pan wyrzucał z siebie przy zapowiedzi każdego z utworów. Musiał czymś zostać porządnie wkurwiony, skoro tak kurwi… Muzycznie zrobili demolkę w stylu barbarzyńskim. Repertuar z Tortured Existence i Epidemic of Violence, z naciskiem na ten drugi, gawiedź łyknęła niczym darmowe wino. Wściekły death/thrash wypluwany z młodzieńczym gniewem niosły publiczność w swoich szaleństwach.

O koncercie Tiamat można wspomnieć że się odbył i że Edlund wyglądał na pijanego. Wildhoney zabrzmiało trochę inaczej niż bym oczekiwał i tej inności nie przetrawiłem.

W namiocie należało sprawdzić, jak Angole z Vallenfyre udają Szwedów. I sprawdziłem, z czego jestem bardzo zadowolony, bo koncert im wyszedł pierwszej klasy. Po pierwsze: było cholernie głośno. Po drugie: było cholernie ciężko. Po trzecie: było cholernie szwedzko. Po trzech dniach obcowania z amerykańskim death metalem taka odmiana dobrze mi zrobiła. Punkowy image wokalisty bardziej niż do Valllenfyre pasowałby do Extreme Noise Terror.  Niejednokrotnie w ich muzyce słychać było Paradise Lost, a czasami Entombed. Inspiracje oczywiście z pierwszych albumów. Muzycznie w pamięci wyryły mi się precyzyjnie nagłośniona perkusja i dobrze wkomponowany mocny wokal. Gitary to już typowa Szwecja. I kto by się tym martwił, że już to gdzieś grali i ktoś to już słyszał?

Bezkompromisowy, głośny i maniacki. Klasyczny w formie i treści. To zauważyłem, obserwując Norwegów z Tsjuder, którzy byli ostatnim dla mnie zespołem podczas tegorocznej edycji Brutal Assault.

Dwudziesta druga edycja to ewidentnie udana edycja czeskiego festiwalu. Czy coś bym na nim zmienił? Pogodę. Na każdą, byle nie padało.

 Marcin Wilk

Fotografie: Jelena Jakovljevic Photography