Brutal Assault Festival, 8-11.08.2018r., Jaromer, Czechy

obrazek

W dniach 8-11 sierpnia twierdzy Josefov w czeskim Jaromerze odbyła się już 23 edycja kultowego Brutal Assault. O fenomenie tego wydarzenia może świadczyć fakt, że zjeżdżają się w tym czasie do Czech fani z najodleglejszych zakątków Europy, a nawet świata. W tym roku poznałem Hiszpanów, Kolumbijczyka, a nawet mieszkańca Kataru. Eklektyzm tego festiwalu pod względem muzycznym również zachwyca, gdyż obsada mieni się kilkoma gwiazdami z firmamentu muzyki metalowej, a jednocześnie trzon występujących zespołów stanowią załogi undergroundowe.

 

Poza muzyką można obejrzeć film grozy czy spotkać się z muzykami w ramach „Meet & Greet”. Na tej edycji Brutal Assault organizatorzy zaprezentowali wystawę dotyczącą podziemia metalowego z przełomu lat 80-90. Był również panel dyskusyjny min z Rossem Dolanem z Immolation. W ramach tego eventu można było pooglądać fragmenty zinów, dowiedzieć się o tape tradingu – jednym słowem zakosztować czasów sprzed ery internetu. Ale to co przyciąga tysiące fanów do małej czeskiej miejscowości to muzyka.

O niej poniżej słów kilka.

Środa

Pierwszym zespołem, który zobaczyłem był Comback Kid. Lubię ich i wiem jaki potencjał w nich drzemie. Krótko, szybko i na temat. Stylistycznie chyba najbliżej jest im do hardcorowego Terror. Mocarne riffy są jednak zbalansowane rewelacyjnymi zwolnieniami, z charakterystycznymi chórkami i melodyjkami. Na rozpoczęcie festiwalowego dnia pozycja idealna. Wokalista Andrew Neufeld przypomina mi na scenie frontmana z Terror – Scotta Vogela. Wasted Arrows, Should Know Better czy Do Yourself a Favor to hiciory, przy których nogi sam się rwą do tańca.

Ledwie się otrząsnąłem po pierwszym ciosie, a tu kolejny spadł na moją szczękę – Brujeria. O ile słuchanie tej muzyki z płyt w domowym zaciszu nie wprawia mnie w spazmy szaleństwa, o tyle ich sceniczna wersja zabija. Może na początku coś tam nie zagrało najlepiej i instrumenty nie zabrzmiały odpowiedni mocno, ale z każdym numerem chłopcy się rozkręcali niczym tornado. Kolejne piosenki były jak ciosy maczetą, które brutalne niszczyły zmysł słuchy i zarazem wprawiały w ekstazę. Brujeria sprawnie łączy grindcore’a z elementami meksykańskiego folkloru i to połączenie dają miksturę wybuchową. Muzycy wystylizowani na meksykańskich przestępców, występowali z zasłoniętymi twarzami jak to członkowie gangów mają w zwyczaju. Ot, taki koloryt lokalny.

Kolejnym daniem był Toxic Holocaust. Jak się okazało, nad wyraz smakowitym. Prosty i momentami nawiązujący do wczesnego Destruction thrash metal w ich wykonaniu był celnym strzałem. Pierwszy raz ich widziałem i był to niezwykle żywiołowy występ. Publiczność zgromadzona w namiocie MetalGate bardzo dobrze odczytała zamiary Joela Grinda i dała się spacyfikować szybkimi i prostymi riffami. Szorstko, brudno i agresywnie. Na żywca każdy kawałek niósł unikatową szczerość i energię, co w połączeniu z żywiołowo reagującą publiką stworzyło fajne widowisko. Mimo to wyszedłem wcześniej żeby zobaczyć Oraculum, grające w tym samym czasie na scenie Oriental. Występ Chilijczyków był pierwszym rozczarowaniem. Nie wiem czy wytrzymałem dwa kawałki jednostajnej młocki i przemieściłem się na dużą scenę by z rozgoryczeniem przekonać się, że Helmet, występujący w tym czasie dawał kapitalny koncert. Żal, że nie udało się obejrzeć w całości ich koncertu, ale równoległe występy na tym festiwalu to często bolesna sztuka wyboru.

Mordercy z Florydy – Cannibal Corpse wkroczyli na scenę i rozpoczęli od Code of the Slashers, następnie Only One Will Die i Red Before Black. Zabójcza precyzja i wyrachowanie charakteryzują występy Cannibali. Dwa hity w postaci: Scourge of Iron i Evisceration Plague, a następnie numer z nowej płyt Scavenger Consuming Death. Dalej były kolejne przeboje, a ja miałem wrażenie, że zespołowi i fanom lepiej „siedzą” kawałki skomponowane po odejściu Chrisa Barnesa. Corpsegrinder Fisher śpiewał inaczej te stare utwory, przez co traciły one unikalny klimat. Z drugiej strony świadczy to o silnej osobowość scenicznej obecnego frontmana Cannibali. Wokale w Hammer Smashed Face, czy jeszcze bardzie przy Skull Full of Maggots (dedykowany Brettowi Hoffmanowi z Malevolent Creation) zabrzmiały płasko. Scenicznie Copsegrinder prezentuje się bardzo widowiskowo, popisując się szybkością w kręceniu młynków swym ponadprzeciętnym karkiem.

Wydawało się, że Gorija nie będzie miała łatwego zadania zajmując miejsce na scenie po legendzie death metalu. Było zupełnie inaczej. Weszli na scenę i zagrali genialnie. Niebywały progres poczynili od ostatniego występu widzianego przeze mnie też na Brutalu. Brzmieli idealnie. Dokładność i precyzja wypełniały każdy dźwięk. Poza tym na uwagę zasługuje nowa oprawa wizualna wyświetlana na scenie. Wszystko to współgrało ze światłami. Peany zachwytu mógłbym roztaczać nieskończenie, ale niestety opuściłem to widowisko, gdyż chciałem zweryfikować formę Whordom Rife. Wyszedłem i pożałowałem.

W MetalGate nie spotkało mnie nic szczególnego. Spodziewałem się zbliżonego widowiska jakie na ubiegłych edycjach zafundowali Taake czy Wolves In The Throne Room. Te koncerty mocno mi się wryły w pamięć ze względu na niesamowitą atmosferę. Whoredom Rife zagrało tylko poprawnie.

Ale to co zaprezentował Whoredom Rife ma się nijak do tego, jak żenująco wypadł Paradise Lost. Po pierwsze brzmienie mieli tak słabe, że z wielkim trudem można było rozpoznać poszczególne utwory. Gitary gdzieś schowane w tle, a partie basu dudniły bez ładu i składu. Jeśli dodamy do tego wokale Nicka w żaden sposób nie przypominające oryginalnych nagrań, to otrzymamy chyba najgorszy koncert tej edycji Brutal Assault. Nie jestem wielkim fanem ostatnich poczynań Brytyjczyków, ale setlista też nie powaliła. Na domiar złego wykonanie Forever Failure czy Shadowkings przez Holmesa zwyczajnie zniechęcało. Widziałem ich w Warszawie w 2005 r. i wtedy wypadli bardzo fajnie. Próbowałem szukać miejsca w którym nagłośnienie byłoby lepsze. Niestety – pod sceną, na tarasie, przy konsoli – wszędzie było fatalnie. Szkoda trochę Grega Mackintosha, który roku temu z Vallenfyre pokazał jak zabrzmieć potężnie i zadać świetny koncert.

Ostatni obejrzany koncert tej nocy to Tormentor. Może i ten rodzaj przebieranek miał swój klimat 30 lat temu, ale uważam, że tak bardzo scena się zmieniła, że dla takich cudaków o jakieś poczesne miejsce raczej trudno. Na dodatek muzyka nijak nie była w stanie się obronić. Chyba, że w skansenie w Tokarni na dorocznym festynie. Gadanie o jakimś kulcie i powrocie legendy zza światów mija się tu z celem. Muzyka mocno trąciła pleśnią, a bieganie Attili w magicznej pelerynie bardziej mi przypomniało szkolne teatrzyki. W kwestii muzycznej to odpust w czystej postaci, zagrany jako pseudorock. Obok Paradise Lost jeden z większych zawodów tej edycji, ale niestety nie ostatni.

Czwartek

Czwartkowe szaleństwa zaczęły się dla mnie od godziny 15:00 przy dźwiękach Ehxorder. Przybyłem do fortu specjalnie dla nich o tak wczesnej porze ponieważ The Law i Slaugher in the Vatican cenię wysoko. Ich występ na dużej scenie oceniam bardzo dobrze. Czytelne i głośne gitary w połączeniu z fajnym doborem utworów sprawiły że Exhorder wyglądał jakby nieprzerwanie przez te wszystkie lata grał koncerty. Najlepsze wrażenie zrobił Vinnie LaBella – oryginalny gitarzysta Exhorder. Reszta muzyków też z niejednego pieca chleb jadła. Dobry, profesjonalny koncert.

Municipal Waste był kolejną załogą dla której zdecydowałem się stać pod sceną. Po Brujeria to kolejny zespół pałający czystą nienawiścią do Donalda Trumpa. A zostawiając politykę na boku, występ można opisać jako niezwykle żywiołowy i energiczny. Tony Foresta zagadywał między piosenkami na rożne tematy, przy okazji zachęcając publiczność do zabawy. Okazało się to być – w połączeniu z ich wybuchową mieszanką hc/thrashu – na tyle skuteczne że rozkręcił się spory moshpitu. Tony wspomniał również, że Converge zaprosili ich jako pierwszy zespół na trasę za co jest im bardzo wdzięczny. Co do występu Municipal Waste – cóż, crossover do tańczenia. Nie kolekcjonuję ich płyt, ale na żywo prezentują się bardzo fajnie.

Po skończonym koncercie udałem się do namiotu MetalGate na Blood Incantation. O ile temperatura rzędu trzydziestu kilu stopni dawała się we znaki pod dużąsceną to atmosfera pod namiotem była jeszcze gorętsza. Paul Riedl szybko zapowiadał utwory, jakby był androidem o nie do końca dobrze zestrojonym głosie ludzkim. Trzeci ich show nie spowodował u mnie nadzwyczajnych doznań. Ot, po prostu bardzo dobrze zagrane. Nie zaskoczyli ani nie zawiedli. Wymknąłem się cały mokry spod namiotu (temperatura chyba sięgała 40 stopni Celsjusza) i poszedłem zerknąć na Dying Fetus. Z ciekawości bardziej niż z pożądania, ale nie dostarczyli mi adrenaliny do zabijania ani niszczenia przeciwników. Pewnie za ten koncert jakieś 15 lat temu dałbym się przypiekać ogniem. Obecnie niespecjalnie mnie zainteresował.

Z odsieczą przyszedł grający na scenie Oriental Grave Pleasures. To była petarda. Dźwięk przejrzysty niczym górski potok, ludzie śpiewają i tańczą. Muzycznie to klasyczny rock’n’roll okraszony zimnofalowym brzmieniem. Występ się pięknie rozwijał, chóralne śpiewy z wokalistą stawały się coraz bardziej śmiałe by nagle umrzeć z powodu awarii zasilania. Co prawda organizatorzy następnego dnia umożliwili Grave Pleasures dokończenie występu, jednak magii i czaru tego pierwszego koncertu nie udało się już wytworzyć.

Bölzer natomiast dał kolejny raz świadectwo, że nie jest koncertowym zespołem. Mimo, że występowali tego dnia pod namiotem, gdzie warunki koncertowe są świetne i bardzo trudno tam dać słaby występ, Szwajcarom się ta sztuka udała. Na tle poziomu reprezentowanego przez inne zespoły, występ Bölzer był bardzo przeciętny, a wręcz słaby. Brzmienie gitar było zamazane, żeby ukryć brak basisty, a kompozycję do mnie nie trafiały. Opuściłem namiot znudzony. Z deszczu pod rynnę – powiadają. Tak było tym razem, ponieważ prezentujący się w tym czasie Moonspell też zgrał przeciętnie. Ale występ Portugalczyków traktowałem jako koncert na przeczekanie.

Zaskoczeniem wieczoru natomiast okazał się Pillorian. Wyczuwalna była na scenie odpowiednia chemia miedzy członkami zespołu. Na żywo kompozycje Pillorian zyskują na drapieżności, nie gubiąc przy tym charakterystycznego nastroju i melodii. Muzycznie wpasowują się oni między Uada a Agalloch.

Wróciłem pod scenę główną bo nadchodził czas Converge. Mimo, iż z płyt muzyka pochodzącego z Salem bandu jest absolutnie wspaniała, o tyle koncertowo się do nich nie mogę przekonać. Wyprodukowane w studiu nagraniowym dźwięki maja siłę rażenia bomby atomowej, lecz podczas występów na żywo za dużo jest tam chaosu a za mało przejrzystości. Smaczki słyszalne na płytach giną gdzieś na żywo. Converge miałem okazje oglądać dwukrotnie, a ten trzeci występ był moim zdaniem najlepszy, choć nawet się nie zbliżyli poziomu z płyt.

Tego dnia zniszczenia dokonała bestia ze Szwecji – Marduk, którzy nad wyraz długo kazali na siebie czekać po skończonym występie Converge. Zwykle w ciągu 5-10 min zespól zaczyna grać ponieważ dwie sceny umożliwiają rozstawienie i nastrojenie sprzętu. Szwedzi potrzebowali ponad 20 min na przygotowanie się do koncertu. Odniosłem wrażenie, jakby ten zabieg był celowy. Czekanie zostało zrekompensowane. Potężne brzmienie i niesamowity głos Mortuusa zestroiły się z hymnami nienawiści do tego stopnia dobrze, że Wolves zagrany na dobitkę zagnieździł się w mojej głowie na kilka kolejnych dni. Wygenerowana wściekłość i gniew osiągnęła maksymalny pułap. A takie hity jak Of Hell's Fire, Cloven Hoof czy Throne of Rats niszczyły doszczętnie. Zagrali również The Blond Beast, którego nienawidzę ze względu na infantylne „umpa umpa” rodem z weselnej orkiestry. Za to Equestrian Bloodlust i Werwolf z nowej płyty zabrzmiały świetnie. Mocny cios na zakończenie dnia.

Piątek

Mimo odczuwanego zmęczenia stawiłem się na Sadistic Intent, wcześniej oglądając końcówkę Hypnos, który zagrał fajnie. Będę musiał ich sprawdzić przy kolejnej okazji, ponieważ słyszałem w ich muzyce echa Krabathora i brzmiało to naprawdę przekonująco. Wracając do Sadistic Intent – mimo wczesnej pory i piekącego słońca, zaprezentowali się wyśmienicie. Żywiołowy show, który zaprezentowali Amerykanie okraszony był selektywny brzmieniem. Aż dziw bierze, że istniejący od 1987 roku zespół nie ma na swoim koncie pełnego albumu. Bębniarz wykonywał spektakularne młynki głową nie okazując litości dla swoich bębnów, gitarzyści, ubrani w czarne uniformy, cięli precyzyjnie na wiosłach. Jeśli ktoś ubolewa nad tym, że Morbid Angel nie brzmi już jak na Altars of Madness, to z czystym sercem polecam Sadstic Intent. Ci goście to stara gwardia, a widać, że granie na żywo to ich największa pasja.

Podczas występu Neocaesar przy konsoli stał i bacznie przyglądał się Holendrom Ross Dolan z Immolation. Podobieństwa do Sinister chyba są oczywiste, skoro szeregi Neocaesar zasilają byli członkowie tego bandu. Kilka utworów zagranych pod namiotem nie przekonało mnie na tyle żeby spędzić z Holendrami cały koncert. Po Pestilence też spodziewałem się dużo więcej. Brzmienie, mimo że czytelne, to nie zrobiło na mnie odpowiedniego wrażenia.

Z wielkim bólem serca zrezygnowałem z koncertu Terror by pod namiotem sprawdzić formę naszych rodaków. Miałem nosa, Polacy zaserwowali prawdziwą, profesjonalną pod każdym względem, rzeźnię. Jeden z jaśniejszych punktów całego festiwalu. Gęste brzmienie, zmiany tempa i sącząca się z głośników wściekłość – tak w skrócie można opisać show jakie sprezentował wszystkim Azarath.

Eschaton i Wrathprayer nie zaoferowali tego dnia nic interesującego. Drugi z wymienionych zdaje się mieć potencjał, ale możliwe że to nie był ich dzień.

Po trudach całego dnia – na deser pozostał koncert At the Gates, którzy zagrali świetnie. Setlistę zdominowały utwory z trzech ostatnich albumów. Radość sprawiły mi Slaughter of the Soul, Cold, Nausea czy Blinded by Fear. A jeśli dodamy do tego niezwykłą charyzmę Tomasa Lindberga otrzymamy świetny koncert o energetycznym a zarazem szorstkim brzmieniu spod którego wylewały się melodyjne gitary. Kiedy trzeba było to potrafili przyłożyć, by w kolejnej chwili zwolnić i uspokoić.

Sobota

Sobota przyniosła największe rozczarowanie tegorocznej edycji. Reaktywowany po latach Messiah, spod skrzydeł którego wywodzą się Rotten Parish i Hoir of Horrors, zabrzmiał jakby muzycznie się zatrzymali na Hymn To Abremelin, czym przebili nawet poziom występu Paradise Lost. Oczekiwania związane z tym koncertem już po kilku minutach prysły jak bańka. Kompozycje nudziły i były odegrane bez większego kopa. W wolniejszych fragmentach utwory zyskiwały na brzmieniu, jednak nadal było to za mało by zapewnić choćby minimum zadowolenia. Druga reaktywowana legenda również spisała się poniżej oczekiwań. Nocturnus A.D. zabrzmiał chaotycznie i nie udało mi się odtworzyć namiastki tego, co znamy z płyt. Raczej nie wydałbym ponownie pieniędzy, żeby oba zespoły zobaczyć kolejny raz.

Na szczęście Unleashed nie zawiedli i pokazali jak death metal powinien zabrzmieć. Szybkie i krótkie ciosy jakie wyprowadzili Szwedzi spotkały się z zadowoleniem publiki. Wszystko brzmiało wyraźnie i dokładnie. Trochę rozczarowała frekwencja, ponieważ dla mnie Unleashed to czołówka szwedzkiego death metalu, a pod scena nie zagościł jakiś większy tłum. Potraktowałem to jako znak czasów, że na Brutal Assault dużo większą publikę gromadzi grzejący disco Perturbator, niż prekursor szwedzkiego death metalu. Jakie czasy takie, widać, obyczaje… Wracając do koncertu Unleashed, zaczęli od Final Silence i lepszego początku trudno sobie życzyć, a zakończyli Into Glory Ride i Before Creation the Time, czyli równie sympatycznie. O ile różnie odbierane są płyty Szwedów, o tyle koncertowo to bardzo dobra załoga, o czym polecam przekonać się przy nadarzającej się okazji.

Drugim, poza Unleashed, legendarnym zespołem pokazującym dobitnie jak się powinno grać metal był Protector. Każdy zagrany utwór brzmiał jak hit. Z moich ulubiony było Golem, Xenophobia, Apocalyptic Revelation i A Shedding of Skin. Mimo, że z oryginalnego składu pozostał tylko wokalista, to miałem wrażenie, jakby muzycy Protector grali ze sobą od zawsze. Niech żałują ci, którzy nie dotarli, gdyż kapela zaprezentowała tego dnia wysoką formę, a sam koncert był jednym z lepszych podczas tegorocznego festu.

Następnym zespołem który obejrzałem tego dnia był Celeste, dla których inspirację stanowią Amenra i Neurosis. Akustyk tak serio potraktował swoją pracę, że to był najmocniej nagłośniony koncert tej edycji. Odnotowania wart jest fakt, że Celeste wystąpili w niemal osnuci całkowitą ciemnością sporadyczne oświetlani światami ze sceny. Członków zespołu można było zlokalizować dzięki założonym na głowy latarkom. Tak, prezentowało się to niecodziennie. Do wizualnego aspektu należy dodać dźwiękowe zniszczenie.

Danie główne tego dnia czyli Danzig, zaskoczył mnie pozytywnie swoim występem, ponieważ nie wiedziałem do końca czego się spodziewać. Krążące plotki w mediach nastrajały raczej negatywnie. Wracając do koncertu, to najbardziej podobało mi się rock’n’rollowe podejście wszystkich członków zespołu. Wiadomym jest, że to Glen jest postacią centralną i jego głos na każdej z płyt jest elementem wiodącym, ale tego dnia zespół stanowił całość. Postanowiłem odłożyć na bok pudelkowe njusy w stylu „Danzig zakazuje robienia zdjęć na koncercie” albo „Danzig śpiewa z playbacku” i całkowicie dałem się ponieść muzycznej uczcie. Bo jakże ucztą nie nazwać odegranych z pełnym jajem Dirty Black Summer, Am I Demon czy Twist of Cain. Przy How The Gods Kill Glen zażyczył sobie przygaszenia świateł i zamknął usta niedowiarkom potwierdzając, że śpiewa na żywo, a nie jak malkontenci twierdzą z playbacku. Czy każdy dźwięk zabrzmiał identycznie jak na płycie? No nie. Ale kto by o to dbał, skoro widowisko było wspaniałe. I nie wiadomo czy będzie następna okazja by zobaczyć Danzig na żywo, bo Glen niezwykle rzadko zagląda do Europy.

Na zakończenie festiwalu obejrzałem Full Of Hell i to co zobaczyłem / usłyszałem można spokojnie nazwać Piekłem. Ten koncert był tak bezpośredni, że odczuwałem fizycznie dotyk każdego dźwięku na swoim ciele. Full Of Hell zgwałcili mnie sonicznie, rozdeptali jak robaka i zrobili to z niesłychaną gracją. Rewelacyjne nagłośnienie, brawurowa intensywność i nowoczesne spojrzenie na grindcore – tak można określić występ Full of Hell. Idealna propozycja na zamknięcie festiwalu. I mimo, że słaniałem się ze zmęczenia, to zostałem do końca by im towarzyszyć w dźwiękowym tsunami jakie rozpętali pod namiotem.

Ostatni show – Aura Noir – potraktowałem trochę po macoszemu ze względu na zmęczenie, i wyszedłem przed końcem. Nigdy się nie przekonałem do Venom i tak było tym razem, ponieważ Aura Noir scenicznie stanowi niemal kopię ojców black metalu. Może ciągle się jeszcze nie otrząsnąłem po intensywnym występie Full Of Hell i krew jeszcze nie zdążyła mi zaschnąć w uszach, ale Norwegowie nie przekonali mnie do swojego repertuaru i po trzech czy czterech utworach opuściłem namiot. Usłyszałem Dark Lung of the Storm i to mi w zupełności wystarczyło.


Muzycznie Brutal Assault stanowi niedościgniony wzorzec w tej części Europy. O fenomenie decyduje nie tylko jakość ściąganych co roku zespołów, ale również organizacja i lokalizacja. Za cenę około 400 pln uczestnik może przez cztery dni cieszyć się występującymi na czterech scenach w trzech lokalizacjach różnorodnymi gatunkami muzycznymi: od black metalowego Marduk po folkowy Wardruna. Łącznie na tej edycji wystąpiło ponad 130 zespołów, więc każdy znajdzie dla siebie coś interesującego, nawet jeśli ulubieńcy sprawiają zawód. Jeśli do tego dołożymy przyjazną atmosferę i niewygórowane ceny, otrzymamy odpowiedź dlaczego Jaromer jest miejscem corocznych pielgrzymek tysięcy fanów metalu.


Autor: Marcin Wilk