REBELLION TOUR 2013 – Madball, Terror, Comeback Kid, Your Demise, The Setup, AYS. Kraków, Klub Kwadrat, 22.03.2013r.

Nie Rebellion, a Winter Rebellion Tour – taką nazwę winien nosić krakowski przystanek tej europejskiej hardcore'owej objazdówki. To co na zewnątrz miało się odwrotnie proporcjonalnie do tego co wewnątrz. To było na pewno jedno z ważniejszych tegorocznych koncertowych wydarzeń w kraju na scenie hc. To rzecz pewna. To do rzeczy.

 

Wszystko zaczęło się z bardzo nieznaczną, jak na polskie standardy, obsuwą. Pierwsi na scenie zameldowali się AYS, sąsiedzi zza zachodniej granicy. Dostali 25 minut i spożytkowali je dość solidnie. Pod sceną było już kilkanaście osób, kilka nawet czynnie wspierało zespół w zabawie. Muzycznie? Dość standardowy hardcore ze scream'ami na wokalu. Czuć i widać po nich jeszcze muzyczne „nieopierzenie”. Na koniec chłopcy pięknie się ukłonili, podziękowali za wsparcie i możność uczestnictwa w Rebellion. Słyszałem pogłoski, że to Freddy z Madball osobiście dobierał sobie supporty, więc jeśli rzeczywiście tak było – młodzi Niemcy tym bardziej powinni czuć się nobilitowani.

Belgowie z The Setup zresztą również. Oni byli następni do golenia. A raczej odwrotnie. Tłum pod sceną zgęstniał. Szybki techniczny check i ognia. Niedźwiedziowaty, wydziarany wokalista Kris od początku zachęcał tłumek do zabawy, skutecznie. Fosowa ochrona musiała rozpocząć pracę, bo pojawili się pierwsi crowdsurferzy i sceniczni skoczkowie. W ogóle ochrona koncertu to jest osobny temat, ale o tym na końcu. W porównaniu do AYS muzyka The Setup wydała mi się bardziej urozmaicona, może przez większą ilość partii śpiewanych, zmian temp, breakdown'ów. Pamiętam, że początek drugiego kawałka jaki zagrali miał niemal stonerowy smak. Belgowie również mieli do dyspozycji 25 minut, ale przyjęcie zdecydowanie bardziej ciepłe od poprzedników. Ich sztuka była też znacznie ciekawsza. Bardzo zadowoleni opuścili scenę. Poland was wild – podkreślali potem w mediach społecznościowych (że publika była really wild – okazało się dopiero nieco później).

Trzeci w kolejności był brytyjski Your Demise. Osiem lat na scenie, cztery albumy, trzy ep-ki, niezły wynik, nie próżnują i gniotą. Mieli na pewno, przynajmniej niewielką, własną bazę fanów pod sceną, którzy śpiewali z nimi refreny w niektórych utworach. Mimo dość młodego wieku, widać już było sceniczną pewność i obycie. Uwagę na sobie skupiał, zachowujący się freakowato, wokalista Ed. Muzycznie tak sobie mi się to podobało, The Setup był ciekawszy, bardziej konkretny. Uczciwie jednak przyznam, że jak do tego momentu Angole rozkręcili największy młyn, Ed co i rusz wskakiwał na płotki i asymilował się z publiką. Pod koniec nawet skoczył chyba w tłum (a konkretnie – na tłum). Z przyjęcia jakie zgotował im Kraków byli ostro zadowoleni, bo żegnając się z publiką, słowa awesome czy amazing dość często odmieniali przez przypadki. Na Your Demise kończyła się, w mojej ocenie, stricte supportowa część Rebelii.

Ciekaw byłem, kto zagra jako trzeci od końca – Terror czy Comeback Kid? Liczyłem, że CK, że Terror (najbliższy z zestawu memu mięśniowi sercowemu) będzie przed Madball i dostanie więcej czasu na swój gig. Na trasie obie załogi rotują się wzajemnie, w Krakowie padło na Comeback Kid. Kanadyjczycy z Winnipeg powoli, ale kurewsko skutecznie budują swoją markę i pozycję na scenie hardcore punk. Ich krakowski występ unaocznił mi to dobitnie. Jak studyjnie, z płyt, niespecjalnie mnie przekonują – tak już koncertowe zderzenie z Kidem zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Kajam się i posypuję brodę popiołem. Ja wiem, że to zgrane do cna hasło, ale akurat w ich przypadku muzyka prezentowana na żywo nabiera niesamowitego pazura i kurwy. Wokalista Andrew, z wyglądu przypominający nieco młodego Mickeya Rourke, to sceniczny wampir który wysysa energię z publiki, strzykając nią od razu z powrotem. Zaczęli, jak dobrze pamiętam, od G.M. Vincent & I i mieli ludzi od razu kupionych, bo to jeden z bardziej nośnych (jak nie najbardziej) ich kawałków. Na żywo ten ich melodyjny hardcore punk z wrzeszczanymi partiami i gdzieniegdzie melodyjnymi chórkami, sprawdził się znakomicie. Jakżesz biednie, słabo i plastikowo wypadają przy nich bardziej znani krajanie z Billy Talent, których w ubiegłym roku widziałem na Ursynaliach... CK pograli znaczną część Symptoms+Cures. Na pewno były Because Of All The Things You Say, Do Yourself  A Favor, The Concept Says. Pod sceną zapanowała już wojna na całego, a Andrew i koledzy tylko podburzali do walki. Ich występ przeleciał bardzo szybko. Na zakończenie, sami totalnie wyczerpani, podziękowali wiernej publice oraz Madball za możliwość uczestnictwa w Rebellion. Myślę, że po takim przyjęciu kolejny comeback Comeback do Krakowa – grali tu już w 2010 roku – jest co najmniej realny.

Uff, tak – czas na Terror. Od razu dokonam tu publicznej, szczerej ekspiacji: uwielbiam tego buldożera z Miasta Aniołów i moja „recenzja” ich koncertu, zaznaczam, jest wyzuta z obiektywizmu i jakiejś krytycznej analizy. Nie umniejszając nic Madball, których ogromnie cenię i szanuję, to załogę Scotta Vogela chciałem w pierwszej kolejności zobaczyć, będąc przekonanym, że to będzie twarda lekcja hardcore'a. I tak zaiste było. Raz dwa po Comeback Kid wskoczyli na scenę i rozpoczęli od ... Hard Lessons! Publika, od razu kupiona, dostała cieczki i amoku. Pojebało ją. Scott co i rusz zachęcał do totalnej asymilacji i przełamywania (przeskakiwania) barier(ek). Nie od dziś wiadomo, że raczej nie toleruje podczas koncertów swojej załogi jakiegoś odgradzania zespołu od fanów. Po drugim utworze skomentował jednak to co działo się w Kwadracie i pracę ochrony (o ochronie, jak wspominałem, na końcu będzie). Rozjuszonego tłumu nie trzeba było dwa razy prosić. Co się działo w trakcie sztuki Terror? Co się nie działo. Mosh okrutny i największy tego dnia, angażujący z – nie przesadzę – 200 osób. Crowdsurferzy lądujący co i raz w fosie albo na scenie i skaczący w tłum. Na główkę, na bombę, z nogami w przód, z rękami w tył, na – niemal – salto, na plecy, na nurka, ktoś próbował – skacząc ze sceny – uczepić się balkonu i stamtąd opaść w tłum ... To cud chyba, że tak naprawdę nic nikomu się nie stało, nie było złamań i większych kontuzji. Pierwsze trzy kawałki które spędziłem w fosie cykając foty (po Hard Lessons było Keep Your Mouth Shut i Push It Away) czułem się jak fotoreporter wrzucony między kiboli krakowskich z obydwu stron Błoń. Tutaj jednak agresji nie było. Raczej ekspresja w zachowaniach, mogąca jednak skutkować tym, że ktoś ci niezamierzenie sprzedaje arcyostrego bodiczka w śledzionę, fangę pod oko albo po prostu – kopa w twarz. Trzeba było naprawdę uważać na siebie i sprzęt. Mi się udało. Spektakularnych fotek co prawda nie udało się haratnąć, ale opuściłem fosę o własnych siłach i ze sprzętem w jednym kawałku. Po tym co się tam działo, poczytuję to sobie za mały sukces. Po Push It Away przyłożyli ciężarowym One With The Underdogs i poprawili Stick Tight z ostatniej płyty. Scott to fenomenalny, charyzmatyczny frontman i sceniczne zwierze. Swoim zachowaniem, gestami, mimiką przypomina na scenie nieco Barneya z Napalm Death. Na marginesie: wyobrażacie sobie cóżby to mógł być za niszczący tandem wokalny w jakimś punkowym albo core'owym projekcie?

Nie obyło się jednak w trakcie występu Terror bez pewnego, niezamierzonego i przypadkowego incydentu. W trakcie jednego z kawałków, chyba właśnie po Stick Tight, podczas Out Of My Face ze sceny do fosy zepchnięty został przez fanów – zupełnie przypadkowo – gitarzysta Jordan Posner. Wyglądało to naprawdę niebezpiecznie, bo poleciał „na twarz” z gitarą. Na szczęście jednak nic mu się nie stało, ale był mocno wkurwiony tym zdarzeniem. Po wyskrobaniu się na scenę walnął gitarą o podest perkusji i chyba zszedł na moment na backstage. Nastąpiła chwila przerwy, nie było wiadomo co dalej, Scott zagadywał publikę. Techniczni przygotowali Jordanowi nowe wiosło, wrócił na scenę, podstroił się i ruszyli dalej – tytułowym z nadchodzącej wielkimi krokami płyty: Live By The Code. Studyjnie kosi ten kawałek przy samej ziemi, a na żywca? Szlachtuje, po prostu – szlachtuje. Jedna, bodaj niespełna trzyminutowa piguła, będąca esencją Terror. Scott chwali ludzi, dziękuje za kapitalne przyjęcie i zapowiada Always The Hard Way, którego refrenu nie wyśpiewują z nim na sali jedynie chyba urodziwe dziewczyny obsługujące bar. O incydencie z gitarzystą nikt już nie pamięta, a Terror sieje Hell & Back i Spit My Rage. Potem You're Caught, fenomenalny Return To Strenght, Life & Death i na koniec utwór, który już śmiało można uznać za jeden z hymnów współczesnego hc: Keepers Of The Faith. Zlustrowałem w czasie niego całą salę, balkony, boksy, wszystkie kąty: nikt nie stał, każdy w ten czy inny sposób się bujał. Koniec. Bestia z LA kłania się i żegna publikę, nie ma żadnych bisów, w sumie są niepotrzebne. Tu już nic więcej nikomu nie trzeba udowadniać. Kilkanaście osób leży pokotem na sali i łapie oddech, reszta po kątach próbuje dojść do siebie, inni ciągną do wodopoju, ktoś wyżyma t-shirta, ktoś tamuje cieknącą krew z nosa. Terror pokazał swoją siłę. Są kurewsko mocni, być może – najmocniejsi na scenie.

Przed Madball stało nieliche zadanie: jak po swoich ziomach reanimować jeszcze publikę, która – wydawać by się mogło – była już trupem. Jak się okazało, nie była. Madball zastosował też najprostszy sposób z możliwych: dał ludziom odpocząć. Techniczni poustawiali wszystko co mieli poustawiać, przygotowali instrumenty, zeszli ze sceny i nastąpiła przerwa, wydaje mi się że ok. 20 minutowa. Krótkie intro i wchodzą na scenę: rozebrany jak do rosołu perkusista Mike, przypruszony siwizną Mitts zajmuje prawą – patrząc od strony publiki – flankę, na lewej melduje się potężny gabarytowo Hoya i po chwili wskakuje na scenę – witany owacjami – Freddy Cricien. Zaczynają trzema bardzo mocnymi strzałami Can't Stop Won't Stop, For My Enemies i Empire, którego refren publika wykrzykuje razem z Freddy'm. Nowojorska ikona HC przyjęcie ma kapitalne, okazało się że Terror publikę położył, ale jej nie zabił.

Freddy, uśmiechnięty i bardzo zadowolony szaleje po całej scenie, skacze na płotki by się z tłumem jeszcze bardziej zakumać, patrzy im w oczy, przybija piątki, zaprasza na scenę. Między kawałkami zagaduje, dziękuje „Polish hardcore fans” za wielkie wsparcie, cieszy się świetną zabawą równie dobrze jak oni. Podobnie jak w utworach Madball, dużo opowiada o istocie hardcore. Nie są to jednak sztuczne i kaznodziejskie formułki, ale świadome słowa świadomego załoganta, dla którego hardcore to nie wytarty slogan za którym łatwo i wygodnie się schować, ale życiowa idea, postawa i – by odwołać się do tytułu drugiego longa Madball – demonstracja własnego stylu. Wierzę ci Freddy. Będziesz legendą, człowieku... Ktoś w pierwszym rzędzie trzyma rozpostartą koszulkę Warzone, co wokalista kwituje komentarzem, że bardzo cieszy się, iż są pośród publiki fani tej kultowej, a zapomnianej nieco crew. Atmosfera jest naprawdę kapitalna, Madball robi sobie wycieczkę po całej dyskografii i serwuje wszystkie najlepsze kąski, m.in.: We The People, Look My Way, Infiltrate The System, Spit On Your Grave, Hold My Own. W międzyczasie Freddy prezentuje skład swojej załogi, każdego po kolei, tłum ich wiwatuje. Hoya zaprasza też na scenę chyba jednego z roadie Madball, który obchodzi któreś tam urodziny, odśpiewane zostaje mu Sto Lat, koleś nie wie co jest grane i jest chyba totalnie zaskoczony, robi się bardzo sympatycznie, wręcz familijnie... Podstawową część koncertu kończy, a jakże, Set It Off. Rasa jednak nie daje się rozbroić i domaga się bisu (swoje dokłada tu ochrona – o której już za chwilę ...). Dostaje krótkie Hardcore Pride i bodaj Heaven Hell. Wzajemne podziękowania, gesty szacunku i przyjaźni, i koniec krakowskiej Rebelli. Następny przystanek – Leipzig.

***

Reasumując: bardzo udany koncert (w przypadku tylu kapel można pokusić się nawet o emblemat  - minifest) pod każdym względem. Wzgląd pierwszy – frekwencja. Ludzi, jak na tego typu profil muzyczny, masa. Cała sala pełna, przez hol między koncertami praktycznie nie szło się przecisnąć, balkony obstawione, schody zatkane. Dostałem informację od organizatorów, że poszło około tysiąca biletów. Czy aż tyle to nie wiem, ale pysznie było obserwować z góry jak Madball katuje swoimi największymi hitami a cała „płyta” żyje. Hardcore lives.

Wzgląd drugi – towarzyski. Publika krakowska była tylko z nazwy miejscówki, bo załoganci i crew zjechały się z całej Polski i nie tylko. Dało się słyszeć wśród publiki język słowacki, rosyjski (chyba), jakieś bałkańskie. I nie byli to żadni ludzie z obsługi, tylko autentyczni fani, przybyli na koncert. Ponadto, takie mam wrażenie, na hardcore'owych gigach pojawia się najlepsza, najbardziej świadoma i lojalna, konkretna i oddana publika. Żywiołowa przy tym jak żadna inna. Traktowana przez kapele z dużym szacunkiem, i odwrotnie. Będąca integralną częścią sceny a nie targetem marketingowym. Procent osób przypadkowych jest raczej znikomy. Nie ma pozerki, nie ma najebanych „Slayer, kurwa!” metali, nie ma emohipsterskiej zarazy, nie ma popunków, nie ma studentek zakochanych w mrocznej poezji Happysad, nie ma powermetalowców gotowych w imię honoru i dumy w każdej chwili walczyć ze smokiem. A jak są, to niewidoczni albo zakamuflowani. Jest masa, jak wspomniałem, świadomych maniax. Hardcore lives.

Wzgląd trzeci – muzyczny. Nie będę rozsądzał kto dał lepszy koncert: Madball czy Terror, a może Comeback Kid. Jak wspomniałem wyżej – najbardziej chciałem zobaczyć jak na żywo sprawdzi się Terror. Radzi sobie kapitalnie. I Madball też. Comeback również. Podobać się może, że nie ma wielkiej gradacji, również w dostępie scenicznym do kwestii technicznych. Jest wzajemny support. I taki nikomu szerzej nieznany, młodziutki AYS jedzie sobie w objazd po Europie z goliatami pokroju Madball. I nie sądzę, aby odbywało się to w myśl tak powszechnej dziś na scenie opcji pay-to-play. Hardcore lives.

No i o tej ochronie teraz w końcu. Ja się z czymś takim jeszcze w Polsce nie spotkałem. Nie spotkałem się z sytuacją, że na drugim supporcie (The Setup), gdy wokalista zaprasza do zabawy i robienia circle pit, kolesie z fosowej ochrony wskakują na płotki i również do tego zachęcają! Nie spotkałem się z sytuacją, że między kawałkami np. dwóch z nich wskakuje na płotki i drze się, cytuję: „No! Dawać kurwa, napierdalać!”. Że autentycznie cieszą się ostrą zabawą jaka panuje wśród publiki i tym, że mają pełne ręce roboty. Że w fosie zachowują się jak kumple mający po drugiej stronie barierek ludzi, na pomocy którym autentycznie im zależy. Że sami ze sceny skaczą w tłum!!! Tak było, nie inaczej. Na Madball jeden koleś z ochrony, niczym ostry załogant, wskoczył na scenę, rozpędził się i lotem koszącym poleciał w tłum. Widziałem zdziwienie i rozbawienie w oczach Freddy'ego w tym momencie... Tenże sam ochroniarz, już po podstawowym secie Madball, gdy zeszli ze sceny – osobiście zachęcał publikę do skandowania nazwy, aby „wyżyłować” bis. Był bardzo głośny, ekspresyjny i dostał co chciał. Kto wie – być może właśnie dzięki niemu legenda NYHC zabisowała. Wrócę też do początku setu Terror. Wiadomo jakie jest podejście Terror do ochrony, barierek i technicznych barier na linii publika – scena. Powiedzmy eufemistycznie, że Terror traktuje to jako zło konieczne i w trakcie swojego występu stara się tą barierę zniwelować. Po drugim utworze Scott skomentował sytuację: powiedział, że ochrona jest naprawdę cool, wykonuje świetną robotę a publika zgotowała im owację. Z taką ochroną to i konie pewnie można kraść... A poważniej: Panowie – big up i duży szacunek za Waszą robotę. Reszta Polski powinna się od Was uczyć.

Ok, kończę tą przydłuuugą i nudną jak Budka Suflera narrację. A Galicji Productions, która zorganizowała polski przystanek Rebellion Tour 2013, pod rozwagę rzucam: skoro tak dobrze wszystko wypaliło z Terror/Madball to może warto pomyśleć o Sick Of It All albo Agnostic Front? Co ty na to Galicjo, hmm?

(SŁ)